Balewicze światem najbliższym sercu

Rozmowa z profesorem Piotrem Jaroszyńskim z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego o jego ojcu, który urodził się i dzieciństwo spędził na Nowogródczyźnie. Do tej krainy tęsknił przez całe życie i przyjeżdżał, gdy już można było.

Czym dla Pana ojca – Czesława Jaroszyńskiego – była jego mała ojczyzna na Nowogródczyźnie w Balewiczach?

– Była to idylla, która do końca życia pozostawała światem najbliższym sercu, wyobraźni, marzeniom, tęsknocie i myślom. Dla małego, wrażliwego i inteligentnego chłopaka świat Balewicz posiadał wszystko, co na takim etapie życia jest konieczne, by móc powiedzieć: to mój świat, w tym świecie jest rozgwieżdżone niebo, szumiąca puszcza, pachnące łąki, dojrzewające zboża i krynica o wodzie czystej jak kryształ. Ale są też ludzie, rodzina, krewni, sąsiedzi – ciepli, życzliwi, serdeczni, rozśpiewani, cudowni, bo na widok sąsiada promienieli i zapraszali do siebie, choć na chwilkę.

Czy dom na Suwalszczyźnie był nawiązaniem do tamtego rodowego gniazda, z którego Sowieci wypędzili rodzinę Jaroszyńskich 10 lutego 1940 roku?

– W pewnym sensie tak, bo Suwalszczyznę wybrał mój Ojciec właśnie dlatego, że bardzo przypominała Nowogródczyznę, były więc i pagórki, i gaje, i łąki, a także ruczaje, rzeczki i rzeki (zwłaszcza Rospuda) i jeziora (Sumowo). Byli też ludzie bardzo serdeczni, których losy nie były łatwe, niektórych wywożono „na roboty” do Niemiec, innych do Lwowa, a jeszcze inni przeszli szlak bojowy z Andersem.

Czesław Jaroszyński jako harcerz. Fot. z albumu rodzinnego Piotra Jaroszyńskiego

Ale nade wszystko, mimo komuny, udało im się ocalić własną ziemię, własne gospodarstwo, natomiast moja rodzina już takich szans nie miała, ziemię zabrał kołchoz, gospodarstwo rozebrano, lasy wykarczowano, granicę przesunięto – została tylko krynica z naszego lasu. I jest do dziś. Ilekroć tam z Ojcem jechałem, to obowiązkowo najpierw trzeba było zajrzeć do lasu, znaleźć ukrytą tam „jamę”, przyjrzeć się w wodzie i obmyć twarz, a także napełnić butelkę na później, bo ta woda miała leczyć oczy.

Pobyt na „nieludzkiej” ziemi był bardzo trudnym doświadczeniem dla rodziny Jaroszyńskich…

– Dla moich dziadków z czwórką dzieci (w chwili wywózki najstarsze miało 12 lat, a najmłodsze 5) było to wyzwanie, z jakim po raz pierwszy się zetknęli. Do tej pory od pokoleń (udało mi się prześledzić pokolenia sięgające połowy XVII wieku) żyli rytmem drobnej polskiej szlachty, która pielęgnowała swoją tożsamość narodową (jako Polacy) i religijną (jako parafianie kościoła w Derewnie). Taki rytm życia było to coś oczywistego, normalnego. A tu nagłe starcie z przemocą, jakby odezwał się odwieczny wróg, który przeczył wszystkiemu, co dla tamtejszych Polaków stanowiło od wieków największą wartość: wiara, ziemia, język, rodzina, naród, kultura. Pewnego dnia załadowano ich na sanie i wywieziono na zawsze, tak, by do swojego świata już nigdy nie wrócili, by ten świat w ogóle przestał istnieć. To było doświadczenie w wymiarze nie tylko ludzkim, ale i egzystencjalnym, bo każdego dnia, każdej minuty liczyć się musieli z groźbą utraty życia.

Kościół parafialny rodziny Jaroszyńskich w Derewnie

Trasa zesłania była następująca: wywieziono ich z Balewicz, osady, którą zamieszkiwały rodziny ochotników biorący udział w oswobodzeniu Wilna (1920). Z Balewicz przetransportowano ich na saniach na stację kolejową koło Stołpiec. Stamtąd ruszyli w kierunku Mińska, a potem za Moskwę do Posiołku 144. Tutaj drogi rodziny, krewnych i sąsiadów się rozeszły, moi dziadkowie z dziećmi zostali, tyle że w Posiołku 121. Potem znaleźli się w Wołogdzie, a następnie w Wiatce (przemienionej na Kirów), znanym historycznym miejscu zesłań Polaków. Koło Kirowa był kołchoz w Muraszach, a dalej w Mamoszycach i Daniłowce. W Kirowie zabrali im dokumenty polskie i oznajmili, że od teraz są obywatelami ZSRR. Nie byli więźniami, ale kołchoźnikami. W 1946 roku nastąpił wyjazd do Polski, tam gdzie znalazła się w nowych granicach (Dolny Śląsk), natomiast Balewicze zostały po stronie Białoruskiej Republiki Sowieckiej, gospodarstwa zostały rozebrane, powstało jednolite pole kołchozowe. I tak tamta historia, jakże bliska sercu mojego Ojca, się skończyła. Ale pozostała miłość do tamtych stron i odziedziczone po przodkach ideały.

Słowo było zawsze ważne w życiu i profesji Czesława Jaroszyńskiego? Wspomnienia o zesłaniu są napisane piękną polszczyzną. Czytając je, od pierwszych zdań ma się wrażenie, że pisze poeta.

To prawda. Ojciec pisywał wiersze, które płynęły z nadmiaru wrażliwości. Mnie, odkąd zapoznawałem się z historią rodzinną, zdumiewało to, jak Ojciec, który przecież od 10. do 15. roku życia przebywał wśród sowieckich kołchoźników, którzy wiadomo, jakim językiem się posługują, zachował czystą polszczyznę i był na nią szczególnie uwrażliwiony.

Czesław Jaroszyński w roli harnasia Bardosa w filmie „Janosik”

Do końca życia nie znosił, gdy ktoś mówił byle jak po polsku, choćby piastował najwyższe stanowisko. Doszedł natomiast do perfekcji w wymowie scenicznej, choć to dzięki znakomitym nauczycielom i profesorom (ks. Czesław Tuzinkiewicz, prof. Henryk Modrzewski). To oni uczyli Ojca zażyłości z największymi mistrzami języka ojczystego jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński i tylu innych. Niestety, dziś taką zażyłość wśród ludzi słowa rzadko się spotyka.

Wspólnie z ojcem napisał Pan podręcznik „Podstawy retoryki klasycznej”, który wydano w 1998 r. Uczyło się z niego wielu studentów.

– Podręcznik był wznawiany i poszerzany. Obecnie nosi tytuł Kultura słowa. Podstawy retoryki klasycznej (Wydawnictwo Nasza Przyszłość, Szczecinek). Zawiera dodatkowo płytę CD z nagranymi przez mojego Ojca ćwiczeniami i wzorami, bo języka uczymy się ze słyszenia, tekst i opis to za mało. Jak do tej pory jest to jedyny podręcznik oparty na retoryce klasycznej (greckiej i rzymskiej), która była źródłem retoryki i literatury polskiej najwyższych lotów. Z powodzeniem można podręcznik ten wykorzystywać zarówno na

poziomie studiów wyższych, jak i szkoły średniej, w Polsce i za granicą.

W życiu Czesław Jaroszyński był człowiekiem z twardymi zasadami. Z taką postawą niełatwo było mu żyć we współczesnym świecie?

– To nawet nie chodziło o zasady, co jest już poziomem inteligenckim, ale o to, że, jak zauważyłem, ludzie z tamtych stron byli wyjątkowo wyczuleni na własną niezależność. W jakiejś mierze byli nawet uparci, bo gdy z czymś się nie zgadzali, to tego nie robili, niezależnie od kosztów, jakie musieli ponieść, również w pracy zawodowej. Wielu aktorów robiło kariery dzięki zapisaniu się do partii, a mojemu Ojcu nawet przez myśl by to nie przeszło, choć nie żywił jakiejś nienawiści do Rosjan, starał się być ponad – a to jest druga cecha tych mocnych ludzi z Kresów: być ponad.

Piotr Jaroszyński przy krynicy w małej ojczyźnie swojego ojca. Wł. Piotra Jaroszyńskiego

Trzecia cecha to porywczość, ale nie grubiańska, po prostu grały emocje, kresowi ludzie byli bardzo wrażliwi, ale w pewnych granicach. Do dziś pamiętam, jak nasza Babcia, gdy coś ją zdenerwowało, to mówiła „ot kali” i machała ręką. Długo nie wiedziałem, co to znaczy to „kali”, aż przebywając któryś raz w naszych stronach słyszałem miejscowych, którzy tak mówili, ale jak miło, z jakim wdziękiem. I tak można całą książkę napisać o tych ludziach, których już nie ma, a tworzyli przez wieki polskość.

Jaki wpływ miał ojciec na Pana?

– Odpowiedź na takie pytanie jest trudna, bo rodzice do końca życia są naszą wręcz częścią, nie da się ich ani zobiektywizować, ani opisać, bo to wszystko będzie i za mało, i za blisko. Ojciec uczył mnie miłości do przyrody (wspólne wyprawy wędkarskie), uczył mnie pisania i recytowania (przy okazji odrabiania lekcji), kładł nacisk na to, że człowiek musi się rozwijać, nie może tak zastygnąć w życiu bez dalszych celów i ideałów, szalenie lubił gości (każdy gość to kolejny promień słońca), namiętnie czytał książki, przepadał za gawędami, przerastał Mickiewiczem, którego znał na pamięć. Do końca życia chciał, bym ja recytował, a On jeszcze coś odnajdywał do poprawki, bo miało być doskonale, każdy szczegół, każda fraza, pauza, linia intonacyjna… współcześni aktorzy pojęcia o tym nie mają. Na szczęście znalazłem nagraną przez Ojca przed dwudziestu laty Pierwszą Księgę Pana Tadeusza, i ciągle się wsłuchuję, bo jest to cud. Nie wyobrażam sobie, jak można być Polakiem nie mając w sobie Pana Tadeusza, każdej sceny i każdej postaci. Ale ktoś musi tego nauczyć, ja miałem Ojca.

Rozmawiała Eliza Aruszkiewicz

Posiołek 144

Któregoś dnia pociąg się zatrzymał. Lokomotywa, nagle przyśpieszając sapanie, jakby z radości, że pozbyła się ciężaru, odjechała i już nie wróciła. Po chwili usłyszeliśmy zgrzytanie rozsuwanych drzwi i znowu to: wychodi, wychodi.

Opuszczaliśmy wagon, prycze, na których każdy z nas miał już „swoje miejsce”, w ciszy, bez pytań i bez żadnych skarg.


Jedni z tobołkami, inni z dziećmi na rękach schodzili z niewielkiego nasypu do stojących nieopodal zaprzęgów, które być może czekały od samego rana. Śnieg bowiem wokół sań był wydeptany, konie wyprzężone, kępki siana rozrzucone, a końskie kupki parujące jeszcze.


Było późne popołudnie. Śnieg, czy to z powodu zbliżającego się zmierzchu, czy też z powodu lekkiej odwilży, nie raził oczu. Z jednej strony horyzont zasłaniały stojące na nasypie, opuszczone przez nas ciemne wagony, a z drugiej – mroczny i milczący las. Żadnych zabudowań nie było widać. A gdy wszyscy wgramoliliśmy się na sanie wyścielone sianem, dały się słyszeć pokrzykiwania: dawaj, dawaj, i cała kawalkada ruszyła w kierunku lasu.

Skurczeni i omotani kocami, raz budząc się, to znowu zasypiając, jechaliśmy noc całą. Przypominam sobie, że ogrzewaliśmy się w jakimś domu, gdzie nikłe światło mrugającej lampy naftowej, bez klosza, zawieszonej na belkowanej ścianie, ledwo rozpraszało ciemności. A potem znowu w drodze, na saniach, półśnie, w ciszy. Tylko od czasu do czasu oderwane od kopyt końskich grudki śniegu uderzały o sanie. Wówczas otwierałem oczy i patrzyłem na przesuwające się obok ciemne drzewa. I znowu zasypiałem.


Obudziłem się na dobre dopiero wtedy, gdy staliśmy już przed ciemnym barakiem i trzeba było wysiadać. Wprowadzono nas do niewielkiego, mrocznego pomieszczenia, gdzie nie rozbierając się, rozlokowaliśmy się na podłodze. Nikt nie rozmawiał, nikt nie płakał, czasem tylko jakieś kroki na korytarzu, jakieś stuknięcia i znowu cisza.


I właśnie w tym baraku, nad ranem, w półmroku, gdy siedziałem w kącie na sienniku, owładnęło mną jedno, jedyne pragnienie, które aż skręcało w środku: jeść! Wszystko jedno co, cokolwiek, byle jeść i tylko jeść. Niestety nie mieliśmy nawet najmniejszej kromki chleba. Wówczas to państwo Ignatowiczowie, być może nie myśląc nawet o dniu jutrzejszym, podzielili się z nami tym wszystkim, co jeszcze im pozostało.


Widzę wyraźnie. Oto siedzimy razem: i Wacek, i zawsze cicha i łagodna Lodzia, i mały Romek, i nas czworo – siedzimy w milczeniu, w nieznanym, tajemniczym miejscu, siedzimy na podłodze – i zajadamy jak gdyby nigdy nic.


Wszystkie następne dni były szare, jednostajne, do siebie podobne. Rodzice wychodzili o zmroku do pracy w lesie, a my albo łaziliśmy po posiołku, albo siedzieliśmy w baraku. Pewnego razu wybrałem się trochę dalej. Szedłem drogą, która prowadziła w głąb tajemniczego lasu. Było tam śmiertelnie cicho i pusto. Drzewa stały nieruchomo, jakby umarłe. I tylko od czasu do czasu śnieg, zsuwając się z gałęzi, cicho zaszeleścił. Lęk mnie przeszył.

Wracałem z bijącym sercem, nie
oglądając się za siebie.

Fragment książki Czesława Jaroszyńskiego „Zesłanie i trudne powroty”

Czesław Jaroszyński

Ur. 29 lipca 1931 r. na Ziemi Nowogródzkiej, gdzie spędził dzieciństwo. 10 lutego 1940 r. wraz z rodziną deportowany w głąb ZSRR, na wygnaniu spędził sześć lat. Po zesłaniu rodzina osiedliła się na Ziemiach Odzyskanych w Siedlęcinie. W Jeleniej Górze ukończył gimnazjum, następnie we Wrocławiu rozpoczął studia filozoficzne i teologiczne. W latach 1954-1958 studiował na PWST w Łodzi. Po uzyskaniu dyplomu zaczęła się współpraca aktora z teatrami warszawskimi, która trwała z krótkimi przerwami do 1990 r. Artysta ma w swoim dorobku ok. 30 występów w filmach (w tym rolę Bardosa w Janosiku). Od połowy lat 80. prowadził wykłady z retoryki na Uniwersytecie Warszawskim. W 1993 r. ukazał się tom jego wierszy. Jest autorem wspomnień o zesłaniu. Pisał także recenzje teatralne. Zmarł w 2020 r. w Warszawie.

Trzej przyjaciele Adama Mickiewicza i ich losy

„Dziady”, część III – utwór dramatyczny Adama Mickiewicza, należący do cyklu dramatów „Dziady”. Utwór powstał w roku 1832 w Dreźnie. Opublikowany został po raz pierwszy w 1832 r. jako IV tom „Poezyj” (w wydaniu zbiorowym), zaś w roku 1833 wydany w edycji osobnej.

Edycję „Dziadów” poeta opatrzył dedykacją:

Świętej pamięci Janowi Sobolewskiemu, Cyprianowi Daszkiewiczowi, Feliksowi Kółakowskiemu, spółuczniom, spółwięźniom, spółwygnańcom, za miłość ku ojczyźnie, prześladowanym, z tęsknoty ku ojczyźnie zmarłym w Archangielsku, na Moskwie, w Petersburgu. Narodowej sprawy Męczennikom poświęca

Autor

Kim byli ci trzej przyjaciele Wieszcza? Jakie ich były losy i przyczyny przedwczesnej śmierci? Spróbujmy w tym artykule wyjaśnić. Zacznijmy od pierwszego wymienionego w dedykacji.

Jan Sobolewski

Mickiewicz uwiecznił go w „Dziadach” części III. Scena przed wywożeniem więźniów z Wilna:


„Sobolewski: Tymczasem zajeżdżały inne rzędem długim
Kibitki: ich wsadzono jednego po drugim.
Rzuciłem wzrok po ludu ściśnionego kupie,
Po wojsku: wszystkie twarze pobladły, jak trupie,
A w takim tłumie taka była cichość głucha,
Żem słyszał każdy krok ich, każdy dźwięk łańcucha. (…)
Słyszałem dzwonek, kiedy trupa przewozili.
Spojrzałem w kościół pusty i rękę kapłańską,
Widziałem, podnoszącą ciało i krew Pańską,
I rzekłem: „Panie! Ty, co sądami Piłata
Przelałeś krew niewinną dla zbawienia świata.
Przyjm tę z pod sądów cara ofiarę dziecinną.
Nie tak świętą, ni wielką, lecz równie niewinną”.

Jan Sobolewski urodził się, według Polskiego Słownika Biograficznego w 1799 roku w majątku Grochy, powiatu tykocińskiego, dzierżawionym przez ojca Antoniego Sobolewskiego, w rodzinie szlacheckiej, jednakże Jarosław Marek Rymkiewicz (właściwie J.M. Szulc, 1935-2022) pisze, że „data oraz miejsce urodzenia Jana Sobolewskiego nie są znane, wiadomo tylko, że pochodził z Tykocina, a gimnazjum ukończył w Białymstoku. Jego rodzice posiadali w Łomżyńskiem majątek pod nazwą Grochy. Przypuszczano, że urodził się albo w Tykocinie, albo w Łomży, albo w Białymstoku”.

Wieszcz uwiecznił postacie swoich przyjaciół w III części „Dziadów”. Tu: scena z „Dziadów” w inscenizacji Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym w Warszawie

W 1816 roku ukończył gimnazjum w Białymstoku i wstąpił na Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Wileńskiego, zdał też egzamin do seminarium nauczycielskiego, co zapewniło mu skromną pensję w czasie studiów. W 1817 r. zdobył stopień kandydata filozofii. W maju 1819 roku Sobolewski został członkiem Towarzystwa Filomatów, do którego wprowadził go Tomasz Zan. Był też od października roku 1820 do połowy maja 1821 r. członkiem Rządu Towarzystwa. W roku 1818 władze uczelni przyznały mu nagrodę pieniężną za postępy w nauce. W roku akademickim 1820/1821 złożył egzaminy wymagane do uzyskania magisterium, stopnia magisterskiego jednak nie otrzymał, gdyż nie obsadzona była katedra filozofii. W czasie studiów mieszkał u cukiernika Kuntza przy ulicy Ostrobramskiej, za ratuszem. Dnia 1 września 1821 roku władze uniwersytetu powierzyły mu obowiązki nauczyciela fizyki, nauk przyrodniczych i chemii w gimnazjum w Krożach na Żmudzi.

Kroże (lit. Kražiai), miasteczko na Żmudzi położone w okręgu szawelskim, pomiędzy Worniami i Rosieniami. Pierwszy raz wymienione jako Crase w dokumencie króla Mendoga z 1257 roku. Gdy Witold oddał zakonowi krzyżackiemu w zarząd część Żmudzi, tutaj rezydował jej zarządca. Kroże były stolicą jednego z traktów Księstwa Żmudzkiego. Działało tutaj jedno z najwybitniejszych kolegiów jezuickich ufundowane w 1614 roku przez hetmana Jana Karola Chodkiewicza (1750-1621); m.in. wykładał tu Maciej Kazimierz Sarbiewski (1617–1620), wybitny poeta. Po kasacie jezuitów w 1773 roku szkołę prowadzili karmelici, w 1817 r. szkołę zamieniono na gimnazjum, którym opiekował się Uniwersytet Wileński. W 1823 roku w gimnazjum powstało tajne antyrosyjskie stowarzyszenie polskich uczniów Czarni Bracia, wykryte przez władze carskie i poddane represjom. W 1842 roku gimnazjum przeniesiono do Kowna.

Tam, w odległej Żmudzi, w mieście prowincjonalnym, Jan Sobolewski czuł się osamotniony, w listach do kolegów miasteczko Kroże nazywał „piekłem błotnistym”. Kroże w tym czasie były małym żydowskim miasteczkiem, było tam wówczas zaledwie siedemdziesiąt pięć domów otaczających budynek kolegium jezuickiego, w którym mieściło się gimnazjum. W uczelni tej wówczas pośród uczniów działała, jak wspomniałem, tajna organizacja Czarni Bracia – powstała w październiku 1823 r. Członkami założycielami byli piętnastoletni Jan Prosper Witkiewicz oraz osiemnastoletni Cyprian Janczewski – uczniowie gimnazjum. Stowarzyszenie uczniowskie zostało wykryte, nastąpiły areszty uczniów i następnie wywieziono niektórych w głąb Rosji.

Wilno na pocz. XIX w. Na pierwszym planie pałac Massalskich, za nim Uniwersytet Wileński, gdzie nauki pobierali Mickiewicz i jego przyjaciele

Aresztowano też nauczyciela J. Sobolewskiego i wywieziono do Wilna, został osadzony w byłym klasztorze OO. Bazylianów razem z Adamem Mickiewiczem, Ignacym Domeyką, Adamem Suzinem i innymi filomatami i filaretami. Był pięciokrotnie przesłuchiwany w latach 1823-1824. Nie ugiął się w śledztwie. Areszt opuścił po podpisaniu 24 kwietnia 1824 roku obietnicy do zachowania tajemnicy o przedmiocie śledztwa. Po zwolnieniu z aresztu J. Sobolewski spędził jeszcze sześć miesięcy w Wilnie. Wyrokiem z 14 sierpnia 1824 roku zaliczony został między filomatów i filaretów „najczynniejszych w nagannych dążeniach” i oddany, podobnie jak jego wileńscy przyjaciele, do dyspozycji ministra oświecenia. J.M Rymkiewicz pisze, że „w przeddzień wyjazdu z Wilna, 24 października/5 listopada, Sobolewski podpisał wspólnie z Mickiewiczem rewers kwitujący odbiór od policmajstra Piotra Szłykowa dwóch podorożnych oraz stu trzydziestu rubli i ośmiu kopiejek (były to tak zwane progonne pieniądze). Wedle opowieści Antoniego Edwarda Odyńca, J. Sobolewski miał zaszczyt, wyjeżdżając z Wilna, siedzieć na wózku pocztowym obok A. Mickiewicza”.

Dziedziniec byłego klasztoru OO . Bazylianów w Wilnie. Tu: spotkanie poetów podczas festiwalu „Maj nad Wilią”

Do Petersburga przybyli 8 lub 9 listopada 1824 roku. J. Sobolewski wespół z innym skazanym filaretą, Janem Heydatelem, wyraził chęć służby w Korpusie Komunikacji Wodnej Głównego Zarządu Dróg w Petersburgu. W grudniu wcielono go do tegoż korpusu. Uzyskawszy w lutym 1825 roku tytuł zawodowy w petersburskim Instytucie Inżynierów Komunikacji oraz nominację na oficera, J. Sobolewski został wysłany do Witegry nad jeziorem Onega. Witegra, założona w 1773 roku, była niewielkim miasteczkiem, zamieszkałym głownie przez rybaków. Wiadomo też, że J. Sobolewski w 1827 roku przebywał w Archangielsku i dnia 21 czerwca 1827 roku razem z Heydatelem awansował na podporucznika. Warto tu wspomnieć, że były filareta Jan Heydatel w Rosji dosłużył się rangi generała.

Archangielsk. Tutaj zmarł Jan Sobolewski

Wiadomo z listu do Cypriana Daszkiewicza, że starał się wydostać z Archangielska, powrócić do Petersburga, lecz mu się nie udało. Niepowodzeniem zakończyły się też starania o przeniesienie na południe do Gruzji. Wiosną 1828 roku on i Heydatel przebywali w Petersburgu. Mickiewicz donosił Zanowi: „Wiele oni, Sobolewski i Heydatel, wycierpieli, pracując w odległych guberniach; teraz i miejsca wygodniejsze i rangę wyższą otrzymają”. Ostatnia wzmianka o J. Sobolewskim w dokumentach rosyjskiego Ministerstwa Oświecenia pochodzi z 18 czerwca 1828 roku. Ignacy Domeyko przypuszczał, że Sobolewski znalazł posadę w komunikacji wodnej na jeziorze Ładoga. Zmarł jednak w Archangielsku jesienią 1829 roku w wieku 30 lat, być może wskutek tragicznego wypadku. Miejsce jego pochówku nie jest znane. Rodziny nie założył.

Cyprian Daszkiewicz

Urodził się 9 grudnia 1803 roku w guberni grodzieńskiej, być może gdzieś w Jaćwieży, bo koledzy filareci nazywali go z litewska Daszkusem. Był synem Ignacego, rejenta powiatu nowogródzkiego, i Joanny z Kamieńskich. W 1820 roku ukończył gimnazjum w Białymstoku i w tymże roku w towarzystwie matki przybył do Wilna i wstąpił na Wydział Moralno– Polityczny Uniwersytetu Wileńskiego. Zarówno w gimnazjum, jak i na uniwersytecie interesował się historią, należał do ulubionych uczniów profesora Joachima Lelewela. Będąc studentem wstąpił do Towarzystwa Filaretów. Adama Mickiewicza poznał i zaprzyjaźnił się dopiero w Rosji w roku 1825 lub 1826, ponieważ C. Daszkiewicz, 5 lat młodszy od poety, rozpoczął studia na Uniwersytecie Wileńskim wtedy, gdy A. Mickiewicz już pracował w gimnazjum w Kownie. Ostatecznie Daszkiewicz nie został historykiem, lecz ukończył studia prawnicze. Jako członek Towarzystwa Filaretów wraz innymi filaretami został 26 sierpnia 1824 roku skazany na wygnanie z Litwy do Rosji.

Wilno

Początkowo, razem z Mickiewiczem, Franciszkiem Malewskim i Józefem Jeżowskim, „znalazł się, jak pisze J.M. Rymkiewicz, prawdopodobnie w Odessie, tam pracował jako urzędnik w jednym z banków, następnie w roku 1826 i później był urzędnikiem w kantorze banku państwowego w Moskwie”. W swoim obszernym mieszkaniu gościł Mickiewicza. Wspomniany J.M. Rymkiewicz pisze, że „w czasie pobytu Mickiewicza w Moskwie, a potem w Petersburgu C. Daszkiewicz służył mu wielokrotnie pomocą w różnych sprawach i na prośbę poety załatwiał jego finansowe czy wydawnicze interesy. W lutym 1828 roku Mickiewicz, przyjechawszy wtedy z Petersburga do Moskwy, zatrzymał się u Daszkiewicza i mieszkał z nim przez ponad dwa miesiące. Wcześniej, w czasie pierwszego pobytu poety w Moskwie, prawdopodobnie już w roku 1826, Mickiewicz, romansujący wówczas z Karoliną Jaenisch, przedstawił jej Daszkiewicza, ten zaś natychmiast w pannie Jaenisch zakochał”.

Karolina Jaenisch-Pawłowa

Kim była Karolina Jaenisch, która oczarowała dwóch Polaków: Mickiewicza i Daszkiewicza? Karolina Jaenisch, po mężu Pawłowa, była Rosjanką niemieckiego pochodzenia. Urodziła się 22 lipca 1807 roku w Jarosławlu. Była córką niemieckiego profesora chemii i fizyki. Odznaczała się zdolnościami artystycznymi i literackimi, poetka, tłumacka i malarka. Uczyła się języka polskiego u Adama Mickiewicza, który poznał ją w Moskwie w 1826 roku i miał być zachwycony jej talentem, jak pisała Barbara Held w biografii K. Jaenisch. Para podobno wkrótce się zaręczyła, jednak z czasem uczucia Mickiewicza się ochłodziły. Znajomość przerwał wyjazd poety z Rosji w roku 1829, a w liście z tego samego roku, poeta oferował „dozgonną przyjaźń” zamiast małżeństwa. Jaenisch zachowała o poecie, którego nadal kochała, wspomnienia do końca swego życia, tłumaczyła jego utwory na niemiecki i francuski, ostatnią jej drukowaną pracą literacką był przekład „Trzech Budrysów”. Przetłumaczyła m.in. „Konrada Wallenroda”. W roku 1838 wyszła za mąż za powieściopisarza Nikołaja Pawłowa, który poślubił ją dla pieniędzy. Para prowadziła salon literacki w Moskwie. Pawłow przegrał pieniądze żony w hazardzie i porzucił ją na rzecz jej młodszej kuzynki. Małżeństwo ostatecznie rozpadło się w 1853 r. Pawłowa przeniosła się do Sankt Petersburga, a następnie do Dorpatu (obecnie Tartu w Estonii), gdzie poznała „najgłębszą miłość swojego życia” Borysa Utina. W 1858 roku przeprowadziła się do Drezna, gdzie poznała poetę Aleksieja Tołstoja (1817-1875). Jaenisch-Pawłowa tłumaczyła jego dzieła na niemiecki, a on w zamian zapewnił jej pensję od rosyjskiego rządu. Pawłowa zmarła samotna i zapomniana w Dreźnie w 1893 w wieku 87 lat.

Cmentarz Bernardyński w Wilnie, gdzie został pochowany Cyprian Daszkiewicz

Wróćmy do C. Daszkiewicza: po wyjeździe Mickiewicza z Rosji Daszkiewicz poczuł się bardzo osamotniony, około 1829 roku zachorował na gruźlicę. Czując zbliżającą się przedwczesną śmierć, poczynił zapisy, świadczące o szlachetności jego serca, a przyjaciół zobowiązał, by przewieźli ciało do kraju. Gorący patriota, człowiek religijny, silnie uczuciowy zmarł po długiej chorobie gruźliczej w Moskwie w końcu listopada 1829 r. W marcu 1830 r. Onufry Pietraszkiewicz przywiózł trumnę ze zwłokami przyjaciela do Wilna, gdzie została złożona w katakumbach na cmentarzu Bernardyńskim na Zarzeczu. Z biegiem lat katakumby zostały zrujnowane i dziś nie wiadomo dokładnie, czy w części, która się zachowała, trumna z prochami C. Daszkiewicza nadal w spokoju leży.

Feliks Kółakowski

To poeta, filolog, filareta. Urodził się w 1799 roku jako syn niezamożnej szlachty z powiatu mozyrskiego, guberni mińskiej. W roku 1818 lub może w 1819 został studentem Uniwersytetu Wileńskiego, wówczas poznał Adama Mickiewicza i zaprzyjaźnił się z nim, a będąc w 1824 r. w więzieniu w klasztorze Bazylianów kontaktował się bliżej z polskim Wieszczem, co zostało upamiętnione przez poetę w III części „Dziadów”:


„Akt I, scena I – Feliks Kółakowski
Ma płakać? Owszem – chwała Bogu!
Jeśli powije syna, przyszłość mu wywieszczę.
Daj mi no rękę – jestem trochę chiromanta,
Wywróżę tobie przyszłość twojego infanta,
Patrząc na rękę:
Jeśli będzie uczciwy, pod moskiewskim rządem
Spotka się niezawodnie z kibitką i sądem;
A kto wie, może wszystkich nas znajdzie tu jeszcze…
Lubię synów: to nasi przyszli towarzysze”.

Uniwersytet w Kazaniu, gdzie studiował Feliks Kółakowski

W czasie studiów Feliks Kółakowski utrzymywał się z guwernerstwa; w jesieni 1820 roku został przyjęty do seminarium nauczycielskiego, co zapewniło naukę na koszt państwa. Uzyskał stopień kandydata filozofii, należał do grona wyróżniających się studentów Wydziału Literackiego. W Towarzystwie Filaretów był radcą Związku Błękitnego, na kursach samokształceniowych wykładał historię literatury greckiej i łacińskiej; był lubiany, wesoły i miał zdolności aktorskie. Pisał wiersze. Obszerny ich zbiór, jak pisze Zofia Makowiecka, „przechowywany przez Stanisława B. Górskiego w Wilnie, został zniszczony w r. 1840 w obawie przed represjami”. Po zawieszeniu działalności filaretów F. Kółakowski należał do związku poetyckiego „Kastala”, ale, jak pisze wspomniana Z. Makowiecka, nie działał tam aktywnie.

Dnia 23 października 1823 roku został wraz z innymi filaretami aresztowany. W więzieniu w byłym klasztorze Bazylianów kontaktował się z Adamem Mickiewiczem, co zostało upamiętnione w dramacie „Dziady”.

Feliks Kółakowski razem z przyjaciółmi Józefem Kowalewskim i Janem Wiernikowskim poprosił o umożliwienie nauki języków wschodnich; w związku z tym wszyscy trzej skierowani zostali na uniwersytet do Kazania. Uniwersytet w Kazaniu, obecnie Republika Tatarstan w Federacji Rosyjskiej, założony został w 1804 roku. Pracowało w nim wielu Polaków, między innymi wybitny polski językoznawca prof. Jan Niecisław Baudouin de Courtenaj (1845-1929). Wszyscy trzej zesłańcy ulokowani zostali w Instytucie Pedagogicznym przy uniwersytecie i pozostawali pod specjalnym nadzorem administracyjnym.

Zły stan zdrowia F. Kółakowskiego zmusił do przerwania studiów. Po opuszczeniu Instytutu został zatrudniony w kancelarii kuratora. Zabiegał o pozwolenie na powrót do Litwy, jednak jego prośby zostały bezskuteczne. W roku 1830 wyjechał do Petersburga i tam w początku 1831 r. zmarł. Miejsce pochówku nie jest znane.

Mieczysław Jackiewicz

Zamek w Mirze

Onegdaj wybrałem się po raz pierwszy na ekskursję do ziemi białoruskiej. Przed wyjazdem znajomi namawiali mnie, abym koniecznie odwiedził miasteczka Mir i Nieśwież, będące dawniej własnością potężnego i wpływowego rodu Radziwiłłów.

Do Wołkowyska dojechałem z grupą Stowarzyszenia Rodzin Wołkowyskich w Gdańsku. Tam wynająłem samochód osobowy z kierowcą o imieniu Witalij. Był to sympatyczny Białorusin ożeniony z Polką. Rozumiał z grubsza, co mówię po polsku, ja usiłowałem mówić po rosyjsku i w efekcie porozumiewaliśmy się bez większych problemów. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do celu podróży i tuż przy wjeździe do miasteczka ujrzałem po prawej stronie drogi zamek. Czerwień gotyckich murów doskonale kontrastowała z bielą jego renesansowej części. Podjechaliśmy pod wieżę bramną, zaparkowaliśmy auto i obeszliśmy mury zamkowe. Pogoda sprzyjała robieniu fotografii. Świeciło słoneczko, zaś po błękicie nieba płynęły majestatycznie białe kłębiaste chmury. Błękit nieba, czerwień i biel zamku oraz srebrzysta zieleń wody u jego stóp tworzyły urokliwy pejzaż.

Już na pierwszy rzut oka było widać, iż zamek zbudowano na suchej kępie pośród mokradeł, zaś jego mury otoczono mokrą fosą. Z prawej strony zamku pozostał zbiornik wodny w postaci rozległego stawu. Gdy nie ma wiatru zamek przegląda się w gładkim jeziorze – niczym w lustrze i wówczas wydaje się, że zamek i jego odbicie tworzą całość. Byłem w Mirze cztery razy i za każdym razem stawałem po drugiej stronie stawu, aby nasycić wzrok pięknem tego miejsca.

Kaplica rodowa Światopełk-Mirskich w Mirze. Fot. Maurycy Frąckowiak

Zamek ma długą i dramatyczną historię. Zbudował go książę Jurij Ilinicz w latach 1506-1510 na miejscu wcześniejszego grodziska. Wzniesiono wówczas mury i baszty oraz niewielki budynek. Zamek zbudowano na planie kwadratu o bokach ok. 75 m. Jego mury miały grubość 3 m i wysokość 13 m. Cegły do budowy zamku pochodziły ze zbudowanej na miejscu cegielni i miejscowej gliny. Jego 4 wieże narożne mają 4 kondygnacje (wysokość ok. 25 m), a piąta wieża bramna ma ich 5.

Wewnątrz zamku znajduje się wielka sala uroczysta, zwana ongiś portretową. Tu bowiem znajdowała się słynna kolekcja 165 portretów znamienitych przedstawicieli rodu Radziwiłłów, pędzla wybitnych malarzy europejskich.

Wnuk Jurija Ilinicza zmarł bezpotomnie w 1569 roku, lecz wcześniej przekazał zamek Mikołajowi Krzysztofowi Radziwiłłowi „Sierotce”.

W połowie XVI w. w południowo-wschodniej części zamku wzniesiono podpiwniczony dom mieszkalny. Na przełomie XVI i XVII wieków dom przebudowano, dodając piętra i wystrój pałacowy. Z tego okresu pochodzi obecny gotycko-renesansowy wygląd zamku. Baszty są w dolnej części kwadratowe, w górnej ośmioboczne. W XVII w. wokół zamku zbudowano ziemne fortyfikacje bastionowe. Widoczny jest zarys jednego z bastionów. W 1655 r. za namową Bogusława Radziwiłła – skłóconego z krewnym Michałem Kazimierzem – zamek zdobyli i splądrowali Szwedzi.

W czasie wojen północnych w roku 1706 zamek został ponownie obrabowany i spalony przez Szwedów Karola XII. Od 1753 r. właścicielem zamku był książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, który urządzał tu sławne hulanki. W 1785 r. to on podejmował hucznie na zamku króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W roku 1794 w czasie powstania kościuszkowskiego zamek zdobyły szturmem wojska carskie. W 1812 r. cofający się Rosjanie wysadzili prochownię uszkadzając mury. W 1895 r. zamek kupili Światopełk-Mirscy i trwali tutaj aż do 1939 roku.

Po wojnie opuszczony popadał w ruinę. W 1969 r. wykonano prace zabezpieczające. W roku 1991 rozpoczęto rewitalizację zamku. W 2000 r. zamek wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO.

W parku położonego z tyłu zamku znajduje się okazała kaplica, będąca grobowcem rodu Światopełk-Mirskich. Została zbudowana w 1904 r. W czasach sowieckich w kaplicy mieścił się magazyn zboża. W latach 2004-2008 zrewitalizowano ją i udostępniono turystom. Kaplicę wyróżnia znajdująca się nad wejściem mozaika z wizerunkiem Chrystusa Pantokratora (w ikonografii przedstawienie Jezusa Chrystusa jako Władcy i Sędziego Wszechświata).

Po zwiedzeniu podwórca zamkowego i arsenału udaliśmy się w obchód pomieszczeń zamkowych. Nie wszystkie były udostępnione, gdyż część pomieszczeń pozostaje ponoć w dyspozycji najwyższych władz. Zeszliśmy do lochów, zwiedziliśmy zbrojownię i kilkanaście innych pomieszczeń udostępnionych zwiedzającym. Efektownie wyglądają zacne bruki dziedzińca rozgrzane promieniami słońca oraz studnia zamkowa, ozdobiona metalowymi sterczynami.

Opuszczaliśmy zamek ze sporym bagażem wrażeń i podreptaliśmy do miasteczka, leżącego u jego podnóża. Jego dzieje są równie ciekawe i bogate jak dzieje zamku.

Maurycy Frąckowiak

Z rodu Wańkowiczów na Mińszczyźnie

Ród Wańkowiczów znany był w dawnym Wielkim Księstwie Litewskim. Walenty Wilhelm Wańkowicz herbu Lis, znany malarz, przedstawiciel klasycyzmu, przyjaciel Adama Mickiewicza, autor znanego Portretu Adama Mickiewicza na Judahu skale, członek wileńskiej szkoły malarskiej.

Urodził się 14 lutego 1799 r. w majątku rodowym Kałużyce, w pobliżu miasta Berezyna. Był synem Melchiora Wańkowicza, sędziego mińskiego i Scholastyki z Goreckich herbu Dołęga, siostry Antoniego Goreckiego, późniejszego zięcia Adama Mickiewicza.

Brat Walentego, Karol (ur. 1800), był dziadkiem Melchiora Wańkowicza (1892–1974), znanego powieściopisarza i reportażysty, który urodził się w Kałużycach, a wychowywał się u babki na Litwie. Melchior Wańkowicz sławę zdobył już w okresie międzywojennym jako znakomity reportażysta i powieściopisarz, autor między innymi znakomitej książki Bitwa o Monte Casino.

Walenty Wańkowicz

Walenty dzieciństwo spędził w rodowych Kałużycach i Ślepiance pod Berezyną. W 1811 r. został wysłany do kolegium jezuickiego w Połocku, gdzie miał się zainteresować sztuką, poznając szkolną kolekcję obrazów, wśród których znajdował się m.in. zbiór płócien pędzla Szymona Czechowicza (1689–1775). W 1817 r. uczestniczył wraz z ojcem i braćmi w sejmiku elekcyjnym w Mińsku, na którym wybierano urzędników lokalnego samorządu szlacheckiego. Nie miał jednak zamiaru poświęcać się życiu ziemiańskiemu czy urzędniczemu i już w kolejnym roku wstąpił (zapewne za zgodą rodziny) na oddział literatury i sztuk wyzwolonych na Uniwersytecie Wileńskim, gdzie znajdowała się katedra malarstwa, sztycharstwa i rzeźby. Tam należał do grona uczniów Jana Rustema (1762–1835), następcy Franciszka Smuglewicza (1745–1807). Ponadto studiował również nauki przyrodnicze.

Najsłynniejsze dzieło Walentego Wańkowicza Portret Adama Mickiewicza na Judahu skale. 1828 r.

Miał ponoć zachwycić Rustema poziomem rysunków, które wykonywał na samym początku studiów. Swoim talentem pozyskał przychylność profesora, który pozwolił mu – jak i reszcie swoich najzdolniejszych uczniów – malować w swojej pracowni. Tam m.in. kopiował dzieła Rustema, poznał również dobrze technikę malarstwa olejnego, co pozwoliło mu malować z natury (z początku portrety krewnych i bliskich znajomych). Wańkowicz miał wiele czasu poświęcać nie tylko na doskonalenie się w warsztacie malarskim, ale i na edukację poszerzającą jego horyzonty intelektualne. W 1820 r. za wyniki na studiach otrzymał nagrodę w wysokości 100 rubli srebrnych. Należał do Towarzystwa Filaretów i zapewne właśnie w tym środowisku zetknął się po raz pierwszy bliżej z A. Mickiewiczem – w roku 1821 powstał jego rysowany kredką portret w mundurze nauczyciela, a w 1823 r. kolejny, który poeta sprezentował przyjacielowi, późniejszemu szwagrowi Franciszkowi Malewskiemu (1800–1870). W latach 20. XIX w. portretował Mickiewicza jeszcze kilkakrotnie.

Melchior Wańkowicz

Studia malarskie w Wilnie Wańkowicz ukończył w 1822 r. Zanim to jednak nastąpiło, jeszcze jako student wziął udział w wystawie publicznej i zdobył pierwszą nagrodę w konkursie na olejną kompozycję Filoktet i Neoptolemon na wyspie Lemnos – temat zadany przez dziekana oddziału literatury i sztuk pięknych, filologa klasycznego Godfryda Ernesta Groddecka (1762–1825). Jego płótno spotkało się również z pozytywnymi ocenami krytyki. Ten sukces z pewnością pomógł w wyjednaniu dla Wańkowicza stypendium uniwersyteckiego na studia w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych, o które Rustem poczynił starania dwa lata później. Warunkiem było przesyłanie co roku po jednej kopii jakiegoś słynnego obrazu (dzieła miały wzbogacić galerię uniwersytecką), jak również, już po powrocie, podjęcie minimum sześcioletniej pracy na uniwersytecie.

Do nowej uczelni udał się w roku 1825. Tam już na samym początku miał pozyskać sobie względy profesorów – Aleksieja J. Jegorowa (ok. 1776–1851) i Wasilija K. Szebujewa (1777–1855) – którzy, widząc jego rysunki, od razu zaproponowali, aby malował wprost z natury. Już na pierwszym roku studiów Wańkowicz za jedną ze swoich prac otrzymał srebrny medal drugiego stopnia (2 maja 1825). W następnym zaś roku (2 października) uzyskał srebrny medal pierwszego stopnia. W kolejnym (1827) wyróżniono go aż dwoma srebrnymi medalami, jak również małym złotym medalem (14 września), który Wańkowicz zdobył wspólnie ze starszym kolegą z Wilna, Wincentym Smokowskim (1797–1876), za pracę na konkursowy temat Czyn młodego Kijowianina.

Mieszkając na Wyspie Wasiljewskiej, gdzie miał też pracownię, często bywał u Aleksandra Orłowskiego (1777–1832) i u zaprzyjaźnionego z nim Kaspra Żelwietra (ok. 1780–1856), jak również utrzymywał znajomość z innymi polskimi artystami. Znał także czołowych petersburskich literatów: Wasilija A. Żukowskiego (1783– 1852), księcia Piotra A. Wiaziemskiego (1792–1878) i Aleksandra S. Puszkina (1799–1837), którego sportretował (portret zaginął w Ślepiance po 1863 r. w wyniku popowstaniowej konfiskaty dóbr jego syna – Jana Edwarda). W tym czasie powstał bodaj najbardziej znany obraz Wańkowicza – Portret Adama Mickiewicza na Judahu skale, który został zaprezentowany na wystawie akademii petersburskiej w 1828 r., spotykając się z bardzo pozytywnym odbiorem. W okresie petersburskim Wańkowicz portretował ponadto m.in. pianistkę Marię Szymanowską (1789–1831), w której salonie często bywał, oraz polskiego oficera armii rosyjskiej (późniejszego generała) Stanisława Chomińskiego (1804–1886).

Pałac Wańkowiczów w Mińsku (Ślepianka), fot. Tatiana Matlina

Zapewne jeszcze przed wyjazdem do Petersburga malarz ożenił się z Anielą Rostocką, panną z ziemiańskiej rodziny, blisko skoligaconą z zamożnymi rodzinami Krasickich i Skirmunttów, a także najprawdopodobniej krewną Medarda Rostockiego, którego Mickiewicz był wychowankiem. W czasie pobytu Wańkowicza w Petersburgu, w październiku 1827 r. na Litwie urodził mu się syn Adam Wincenty (zm. 1895) – w latach 1831 i 1834 przyszli na świat jeszcze dwaj kolejni: Kazimierz Adam (zm. 1891), później żonaty z Karoliną Ortyńską (1860–1945), i Jan Edward (1838–1899) – uczestnik powstania 1863 r.

Po wybuchu powstania listopadowego w 1830 r. Wańkowicz zdecydował się wrócić na Litwę, być może w celu przyłączenia się do walczących. Od tego pomysłu miał go jednak odciągnąć sam Towiański, który skierował jego myśli w kierunku rozwoju duchowego. W 1832 r. Wańkowicz pomagał Towiańskiemu w nieudanym pozyskaniu dla jego działalności znanego ze swojej przychylności wobec Polaków gubernatora wojennego mińskiego Siergieja S. Stroganowa (1794–1882) – w tym celu namalował wizerunek Chrystusa, który Towiański podarował Stroganowowi. W tym samym roku petersburska ASP rozpatrywała kandydaturę Wańkowicza na jej członka. Malarz mieszkał już wówczas w majątku Ślepianka Mała pod Berezyną oraz w Mińsku, gdzie miał pracownię. Zajmował się tam malowaniem obrazów alegorycznych, zwłaszcza tych inspirowanych przez Gutta i Towiańskiego. Pozostawał w bliskich stosunkach towarzyskich z mieszkającym w Mińsku malarzem Janem Damelem (1780–1840), a także z młodym Stanisławem Moniuszką (1819–1872) – rodziny Wańkowiczów i Moniuszków były spowinowacone. Bywał również często w Wilnie, gdzie odwiedzał Towiańskiego – zapewne właśnie z tego okresu pochodzi znany portret tego ostatniego.

Jan Rustem. Autoportret z paletą

Około 1840 r. Wańkowicz zdecydował się przeprowadzić do Paryża, zapewne pod wpływem Towiańskiego, który wyjechał mniej więcej w tym samym czasie. Jak domyślała się badaczka życiorysu malarza, Zofia Ciechanowska, ważną rolę odgrywała tutaj również chęć poszerzenia horyzontów artystycznych, choć może do pewnego stopnia także względy rodzinne (na emigracji popowstaniowej przebywał chociażby brat matki A. Gorecki). Na Litwie zostawił Wańkowicz dobrze zabezpieczone pod względem materialnym żonę i dzieci. Po drodze zatrzymał się na rok w Dreźnie, gdzie często odwiedzał Galerię Drezdeńską i intensywnie zajmował się kopiowaniem dzieł dawnych mistrzów. Był również w Berlinie i Monachium. W Paryżu szybko wszedł w konflikt z wujem Goreckim, ze względu na jego negatywny stosunek do Towiańskiego. Zamieszkał wówczas u Mickiewicza przy rue d’Amsterdam 1, pracował już jednak mało ze względu na zły stan zdrowia fizycznego i psychicznego (co było w znacznej mierze winą jego duchowego „mistrza”). Z tego okresu pochodzi m.in. słynny wizerunek Napoleona I (1769–1821) nad rozdartą mapą „w welonie i kirasjerskich butach” (wg słów Zygmunta Krasińskiego), jak również kopia obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej, która zawisła w paryskim kościele Saint Severin, stanowiąc przedmiot adoracji towiańczyków. W grudniu 1841 r. do chorego Wańkowicza zgłosił się ks. Aleksander Jełowicki (1804–1877) z prośbą o pośrednictwo w kontakcie z Towiańskim.

Grób Walentego Wańkowicza na Montmartre. Fot. ze zbiorów Towarzystw a Opieki nad Polskimi Zabytkami i Grobami Historycznymi we Francji

Wańkowicz zmarł z powodu „choroby płucowej” 12 maja 1842 r. w paryskim mieszkaniu Mickiewicza. Jego ostatnią wolę spisał sam poeta, którego uczynił jednym ze spadkobierców (oprócz żony z dziećmi i Towiańskiego). Jego ciało, „złożone”, jak pisano w jednym z nekrologów, w „obcej, lecz przyjaznej ziemi”, pochowano 14 maja na cmentarzu Montmartre, po czym w 1846 r. przeniesiono do jednego grobu z działaczem emigracyjnym Ludwikiem Zambrzyckim (1803–1834), mężem ciotki Rozalii z Goreckich. To ona najpewniej wzniosła istniejący do dziś pomnik nagrobny w kształcie wysokiego obelisku. W 2000 r. w Mińsku na Białorusi otwarto muzeum malarza (Dom Muzeum Wańkowiczów), które znajduje się w jego dawnym domu, przy obecnej ul. Internacjonalnej 33a. Obok znajduje się również jego pomnik.

Jan Wańkowicz

Był naukowcem, entomologiem. Urodził się 2 grudnia 1835 roku w rodowym majątku Ślepianka w powiecie berezyńskim. Jego rodzicami byli Edward Władysław Antoni herbu Lis Wańkowicz, urodzony prawdopodobnie w roku 1790 i Michalina z Moniuszków (1797-1879). W rodzinie Edwarda i Michaliny było 11 dzieci. Synowie byli wykształceni: Zygmunt po ukończeniu gimnazjum w Mińsku studiował w Akademii Medyczno-Chirurgicznej w Wilnie; Kazimierz ukończył Instytut Agronomiczny w Hory-Horkach; Adam studiował w uniwersytecie w Dorpacie (obecnie Tartu, Estonia).

Dwór Wańkowiczów w Mińsku. Obecnie mieści się tu muzeum Walentego Wańkowicza

Jan Wańkowicz w 1854 roku wstąpił na Wydział Przyrodniczy Uniwersytetu św. Włodzimierza w Kijowie. Po kończeniu uniwersytetu Jan zajął się pracą naukową w dziedzinie entomologii, badał owady rodzinnej ziemi. Stał się pierwszym uczonym-entomologiem na Białorusi. Prace badawcze nad owadami publikował w polskich i zagranicznych czasopismach naukowych. Znany był także na Zachodzie, Paryskie Towarzystwo Entomologiczne zaprosiło Jana Wańkowicza do współpracy. O działalności naukowej Jana Wańkowicza informował społeczność polską naukową Aleksander Jelski. Benedykt Dybowski (1833-1930), przyjaciel Jana Wańkowicza, recenzował jego prace z zakresu entomologii, zachęcał do dalszych badań. Wiadomo, że Jan przygotował książkę naukową o owadach na Białorusi, lecz nie zdążył opublikować. Badania Wańkowicza pozostały w rękopisie.

Benedykt Dybowski. Ok. 1910 r. Ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Uczony zmarł 27 lipca 1885 roku w Ślepiańce, jak wspominali współcześni „na rękach ukochanej żony Anny z Wolmerów”. Ciało uczonego pochowano na cmentarzu w Karoliszczowiczach. Warto wspomnieć, że matka Jana była siostrą Czesława Moniuszki, ojca kompozytora polskiego Stanisława Moniuszki, zaś ojciec Jana – Edward Wańkowicz był bratem stryjecznym Walentego Wańkowicza.

Mieczysław Jackiewicz

Ilustracja na górze artykułu: portret Walentego Wilhelma Wańkowicza, kpcdn.net

Feliks Koneczny o tożsamości Zachodu

Feliks Koneczny jest niezastąpiony tam, gdzie pojawia się pytanie o tożsamość Zachodu. Jest to pytanie, które nas, Europejczyków, nurtuje najbardziej, bo przecież widzimy, jakimi ideowymi sprzecznościami targany jest Zachód, w jakie popada nonsensy, jak nie potrafi dostrzec wspólnego celu.

A tymczasem Huntington podchodzi do tego problemu kontynentalnie wyjaśniając, że cywilizacja zachodnia składa się „z trzech głównych elementów: Europy, Ameryki Północnej i Ameryki Łacińskiej”. Jeżeli już tak, to dlaczego zabrakło Australii? A poza tym, czy na tych kontynentach panuje rzeczywiście tylko jedna cywilizacja? Coś ten schemat jest za grubo ciosany.

Widać to po dokonanym przez Huntingtona przeglądzie wszystkich wielkich cywilizacji współczesności takich jak chińska, japońska, hinduistyczna, islamska, prawosławna, zachodnia, latynoamerykańska, afrykańska. Raz Ameryka Południowa jest zachodem, innym razem ma swoją cywilizację latynoamerykańską.

Czy w Europie nie ma cywilizacji islamu, jeśli mieszkają w niej dziesiątki milionów Muzułmanów? Dlaczego w tym spisie wielkich cywilizacji nie jest wymieniona cywilizacja żydowska? Cóż za pomysł z tą cywilizacją afrykańską, gdy kontynent afrykański nigdy nie tworzył jednej kultury, nie mówiąc już o setkach występujących tam języków (w samym Kongo operuje się prawie 300 różnymi językami!)

Feliks Koneczny zostawił po sobie bogaty dorobek naukowy. Tu: okładki jego dwóch książek

Od kiedy to prawosławie jest cywilizacją, jeśli podporządkowane jest ono władzy politycznej, a więc mamy przykład klasycznego cezaropapizmu? Zaś to, co dzieje się w dzisiejszej Rosji, trudno nazwać panowaniem cywilizacji (religii) prawosławnej, bo Rosją nie rządzi kler prawosławny, lecz członkowie dawnych komunistycznych służb specjalnych. Takich pytań, a właściwie paradoksów jest więcej. One są znakiem, że książka Huntingtona mimo reklamy i objętości (572 str.) nie jest zbyt głęboka ani uporządkowana. Jakże inaczej czyta się Konecznego, jaki tam jest ład myślowy, jak znakomite przemyślenia, jaka trafność diagnoz.

Wróćmy więc do Zachodu. Punktem odniesienia nie jest tu zachodnie chrześcijaństwo, jak chce Huntington, ale Grecja, którą nazywano, jeszcze w języku fenickim „zachodnim lądem”. Stąd właśnie wziął się Zachód jako synonim Europy. A współcześnie sama Europa jest terenem ścierania się pięciu co najmniej cywilizacji: łacińskiej, bizantyńskiej, żydowskiej, islamu i turańskiej. Przybiera to nawet postać walki, bo w grę wchodzą kluczowe dla cywilizacji kategorie: jaki model rodziny? jaki status człowieka? jakie miejsce dla narodów? ile miejsca dla Boga? W wymienionych cywilizacjach na te pytania padają różne odpowiedzi. Kto patrzy powierzchownie na Europę, myśli, że ponieważ jest to jeden kontynent, to i występować tu będzie jedna cywilizacja. Niektórzy z kolei łudzą się, że przecież na tym kontynencie wiele państw się połączyło tworząc Unię Europejską, więc tym bardziej nastąpiło umocnienie jednej cywilizacji. Nic podobnego! Jedność tworzona jest mechanicznie, administracyjnie, odgórnie. A w tym sztucznym tworze rozpoznajemy wpływ tej cywilizacji, którą Koneczny zidentyfikował jako ciągle żywą. Jest nią cywilizacja bizantyńska, która została zaszczepiona w Europie poprzez wpływ na cesarskie Niemcy, później na Prusy, a dziś widzimy, że ów przeszczep dobrze przyjmuje się i rozkwita w strukturach Unii Europejskiej.

Samuel P. Huntington. Światowe Forum Ekonomiczne w Davos w Szwajcarii. 2004 r.

A czym jest walka o model rodziny, jeśli nie walką o rodzaj cywilizacji? Jeżeli nie tylko dopuszczalny, ale lansowany model, to brak stałego, monogamicznego małżeństwa, wówczas zaczyna dominować cywilizacja turańska. Jeśli natomiast będą to tzw. „związki partnerskie”, wówczas popadamy w stan cywilizacyjny, ponieważ tutaj następuje usankcjonowanie tego, co przed obowiązywaniem politycznej poprawności nazywało się wynaturzeniem.

Jest też zagadkowe, dlaczego Huntington wśród wielkich cywilizacji nie wymienia cywilizacji żydowskiej. Czy to nieświadomość i przeoczenie, czy minimalizowanie jej znaczenia? A może wynik swoiście pojętej poprawności i przezorności? Trudno zgadnąć. Docenił natomiast wagę tej cywilizacji Feliks Koneczny, skoro poświęcił jej wielotomowe dzieło.

Okładka jego słynnej książki

Cywilizacja żydowska, to temat bardzo drażliwy, ponieważ też w jakimś stopniu objęty jest dziś cenzurą political correctness. W świecie polityki, sztuki, a nawet nauki zarzut „antysemityzmu” pociąga za sobą daleko idące negatywne konsekwencje. A przecież winien to być zwykły temat, gdyż mamy do czynienia z konkretną cywilizacją. Badając ją, Koneczny nie atakuje rasy, narodu czy religii. Koneczny nie był bowiem żadnym rasistą, faszystą czy ksenofobem; był analitykiem cywilizacji. Z jego analizą można się zgadzać lub nie, ale nie można jej zaklasyfikować jako antysemickiej.

Dorobek intelektualny Feliksa Konecznego jest przebogaty i w wielu punktach ciągle aktualny. Byłoby to cudowne, gdyby powstał państwowy projekt rzetelnej reedycji jego dzieł oraz gdyby do projektu ich tłumaczeń na obce języki włączyły się organizacje polonijne. Może wówczas nasz rodak przestałby być Wielkim Nieobecnym, zasilając swym erudycyjnym dorobkiem skarbiec światowej nauki.

Europa Norwida

Norwid spędził ponad 40 lat na obczyźnie, głównie w Paryżu. Był to w Europie czas wielkich przesileń społecznych, ekonomicznych, militarnych i ideowych, czego wyrazem były rewolucje i wojny. Poeta nasz z właściwą sobie przenikliwością zastanawiał się nad źródłem tych tarć i nad cywilizacyjnym obliczem Europy.

Połowa XIX w. to z jednej strony nasilenie się różnych ruchów socjalistycznych, z drugiej zaś, powolny zmierzch starej kultury reprezentowanej przez arystokrację. Powstawała nowa elita, wywodząca się z dawnej i z nowej warstwy, której wspólnym odniesieniem nie była już ani kultura, ani dobro społeczne, lecz… pieniądz. „Ale cała Europa idzie w to, że i inteligencja, arystokracja, choć nie bezpośrednio i literalnie, ale za to pośrednio, zamieniają to po prostu w burżuazję pieniężną (Do J. I. Kraszewskiego. Paryż, 28.01.1859). Raz rozpoczęty proces trwa nadal. Trudno w Europie znaleźć środowiska inteligencji pielęgnującej na odpowiednio wysokim poziomie głębsze wartości europejskie. Spotkać można co najwyżej samotne jednostki.

Portret Cypriana Kamila Norwida. Ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Brak wyższej kultury powiązany z dobrobytem materialnym prowadzi szybko do dekadencji. Trudno bowiem zaspokoić potrzeby duchowe przedmiotami, zwłaszcza że nawet i posiadając przedmioty, trzeba wykazać się pewnym smakiem, aby nie zrobić z pałacu śmietnika. A cóż mówić, gdy buduje się dom naśladując kiepskie wzory? Brak kultury objawia się również w nieumiejętności dostrzegania poważnego sensu działania. Można co najwyżej szarpać się, przeprowadzać manifestację siły, a nawet wywoływać wojny. Tylko że potem przychodzi pytanie: po co? Zdesperowany Norwid pisał: „Europa jest to stara wariatka i pijaczka, która co kilka lat robi rzezie i mordy bez żadnego rezultatu ni cywilizacyjnego, ni moralnego. Nic ostawić nie umie – głupia jak but zarozumiała, pyszna i lekkomyślna” (Do K. Górskiej, Paryż, lato 1881). A więc już wtedy Europa ulegała kultowi samouwielbienia. Gdy widzimy dzisiejszych Europejczyków”, jakaż pycha od nich bije, jaka buta i zarozumiałość, ma się wrażenie, że zjedli wszystkie rozumy. Szkoda tylko, że mają tak miałką wiedzę, że istotę bycia Europejczykiem widzą głównie w pogoni za świecidełkami, handlu i płaceniu podatków.

Cyprian Kamil Norwid. Koloseum z albumu Orbis II

W kolejnym liście Norwid wznosi się na wyżyny intelektualne, które we współczesnym sporze o Europę posiadają wyjątkowe znaczenie. Pisze tak: „Jestem przeciwny systematom spółczesnym, które głoszą „Europe aux Européens!” („Europa dla Europejczyków!”). Według mnie, proszę Pani, nigdy nie było Europejczyków, my wszyscy bowiem przybyliśmy tu z Azji, z tej krainy, której zalążkowy obraz spoczywa teraz w naszym umyśle niby marzenie o Raju [oryg. po fr.]” (Do J. Kuczyńskiej, Paryż, luty 1869). Norwid dotyka więc kwestii zasadniczej: czy europejskość jest kategorią geograficzną? Odpowiada, że nie, bo przecież w takim wypadku nie byłoby w ogóle Europejczyków, jako że geograficznie są oni Azjatami, stamtąd bowiem onegdaj przybyli. Więc czym jest Europa? Kontynuował: „Ja pochodzę od Jafetowego wnuka, co przykuwany był na szczycie Kazbeku w Kaukazie – od dziada mego Prometeusza. Ja JEDEN przeczę temu systemowi krwi i ras. Ja jeden – ale cóż robić! to moje mniemanie takie. Moim zdaniem, Europa nie jest rasą, ale principium – bo gdyby była rasą, byłaby Azją!!!” (ibid.).

Gdy czytamy takie fragmenty, to aż dech zapiera. Polska miała wielkich myślicieli. Ale od razu popatrzmy, jak nikłe było pole ich oddziaływania. Jak ono nadal jest nikłe, nawet wśród naszych rodaków. Norwid przekazywał swoje przemyślenia w prywatnych listach, adresowanych do jednej osoby. Może ta osoba podzieliła się jeszcze z jedną i tak w sumie wiedziały dwie osoby, może trzy. Nawet choćby dziesięć albo i tysiąc, to ciągle mało. Chodzi bowiem o to, jakie znaczenie społeczne ma pewien pogląd, w jaki sposób wpływa na życie i kulturę, a nie jest tylko prywatnym przekonaniem, choćby najwspanialszym, najgenialniejszym.

Grób Cypriana Kamila Norwida. Montmorency. Francja

Norwid bardzo prosto i logicznie pokazuje, że pojęcie europejskości nie może być ani geograficzne, ani rasistowskie. Jest to pojęcie o charakterze cywilizacyjnym. Europejczykiem jest się przez przynależność do kultury europejskiej, a nie kolor skóry czy miejsce zamieszkania. Co więcej, cała siła europejskości opiera się właśnie na kulturze, dlatego tak ważne jest pielęgnowanie tej kultury jako bezcennego i koniecznego dla Europejczyków dziedzictwa. W tym kontekście odcinanie Europy od jej korzeni w imię budowania nowej, a przy tym ateistycznej, czyli bezbożnej Europy jest nieporozumieniem, tak może postępować tylko „stara wariatka i pijaczka”. Dziś pytanie o tożsamość Europy pozostaje ciągle otwarte.

Norwid za pośrednictwem księży Zmartwychwstańców przesłał na ręce papieża Piusa IX dary, za które w marcu 1861 r. otrzymał osobiste podziękowanie i błogosławieństwo. Jakie to były dary? Złoty medalik z XVII w. z inskrypcją: „Przeciw Turka szturmom”, a także 5 złotych franków z 1855 r., upamiętniających szturm pod Sewastopolem. Norwid tam dopisał: „Co Polska gromiła, to Francja broniła”.

Drobne dary, ale złote i jakże symboliczne. Walka o Europę nie jest tylko walką ekonomiczną, jest to walka w wymiarze moralnym, religijnym, ideowym, cywilizacyjnym. Do takiej walki potrzeba ludzi o szerokich horyzontach intelektualnych, ludzi, którzy niekoniecznie muszą jeszcze żyć, mogą to być bowiem ludzie, którzy odeszli, ale których głębia myśli jest ciągle aktualna. Do takich właśnie ludzi, Polaków i Europejczyków!, należał właśnie Cyprian Kamil Norwid.

Piotr Jaroszyński

W salonie muzycznym Radziwiłłów

W sali koncertowej dawnego zamku Radziwiłłów w Nieświeżu w dn. 19 czerwca odbył się koncert zat. „Skarbiec Muzyczny Nieświeża”, który rozpoczęto utworami Macieja Radziwiłła i Ogińskich.

Teatralno-kostiumowy otoczka koncertu miała przenieść gości w atmosferę salonu muzycznego książąt Radziwiłłów. Podobne salony zbierały możnych, artystów, naukowców i uzdolnioną młodzież. Słuchano tam muzyki i recytowano poezję, rozmawiano i dyskutowano.

Franciszka Urszula z Wiśniowieckich Radziwiłłowa

Publiczność bardzo dobrze odebrała utwory muzyczne z okresu renesansu, baroku i klasycyzmu w wykonaniu kwartetu smyczkowego Vivat Quartet oraz artystów opery. Warto powiedzieć, iż w dawnej Rzeczypospolitej magnaci występowali nie tylko jako organizatorzy salonów, lecz nierzadko sami tworzyli muzykę, wśród nich było niemało utalentowanych kompozytorów i wykonawców. Do tego grona bez wątpienia należał książę Maciej Radziwiłł (1749-1800). Do dzisiaj zachowały tylko nieliczne jego utwory napisane w stylu galant charakterystycznym dla pierwszego okresu klasycyzmu muzycznego. Sonata G-dur, Serenada B-dur i Divertimento D-dur autorstwa księcia stały się prawdziwą perełką koncertu.

Maciej Radziwiłł


Program „Skarbca Muzycznego” zawierał także utwory Michała Kazimierza i Michała Kleofasa Ogińskich, Józefa Kozłowskiego, Dawida Hollanda oraz dzieła nieznanych autorów z XVI–XVIII ww. Przed wykonaniem utworów muzycznych prowadzący recytowali wiersze autorstwa Franciszki Urszuli Radziwiłłowej (1705-1753), poetki epoki późnego baroku, była ona również autorką 16 utworów scenicznych napisanych dla teatru w Nieświeżu i tam wystawianych

Siła słowa Juliusza Słowackiego

Rozbiory Polski to był rozbój w biały dzień. Podcinał wiarę w jedność europejskiego etosu, który z jednej strony korzeniami sięgał greckiej filozofii polityki, gdzie polityka jest najważniejszą dziedziną moralności, a nie wolną od moralności sztuką kłamstwa, podstępu, intrygi, przekupstwa i brutalnej siły. Z drugiej zaś, chrześcijańskiej idei pokoju opartego na prawie do samostanowienia narodów, wyraźnie doprecyzowanej przez Pawła Włodkowica.

Okazało się, że to fikcja, że oświeceni monarchowie europejscy zdolni są do wszystkiego, a usprawiedliwienie dla swych zbrodniczych działań czerpią z natchnienia tzw. filozofów, tak zwanych, bo w większości byli to ludzie słabi i przekupni. Chodzi głównie o encyklopedystów, a tak naprawdę sofistów, zdolnych sprzedać swoją wiedzę i umiejętności, jak choćby Diderot, któremu pensję wypłacała Niemka, ale rosyjska caryca Katarzyna II.

W tym kontekście walka o niepodległość Polski i prawa Polaków, to nie była tylko nasza polska sprawa, ale prawa z gruntu europejska. Tak właśnie kwestię tę postrzegał Juliusz Słowacki, który był świadom, że odejście od moralności w polityce pociągnie za sobą kolejne napaści jednych państw na drugie, a Europa stanie się wielkim teatrem wojny. Walka o naszą wolność była więc nie tylko odruchem kogoś pokrzywdzonego czy pragnieniem zemsty, ale posiadała swój głębszy podkład kulturowy i cywilizacyjny. Stąd właśnie w utworach Słowackiego, w których podejmowany jest temat niepodległości, mamy do czynienia z podejściem zarazem głębokim, jak i finezyjnym. Niepodległość to nie tylko wolne państwo, to również naród wolny, czyli taki, który stoi na wysokim poziomie kultury. A my mieliśmy taką kulturę, której zaprzeczeniem było prusactwo i carat, porażające w swym dążeniu, aby władza mogła uczynić wszystkich swoimi nie tylko poddanymi, ale po prostu niewolnikami i to niezależnie od obywatelstwa i zajmowanego stanowiska.

Scena ze spektaklu „Balladyna” Teatru Narodowego w Warszawie, Fot. Robert Jaworski

Ale jak dziś tę polskość odzyskiwać? Czym jest polskość? Zwróćmy uwagę na jeden choćby aspekt. Polskość drży na różnych tonach emocji, niezwykle rozbudowanej, bogatej. U nas wszystko, choć nie w ten sam sposób, jest emocjonalne. To jest nasz skarb, ale jako pewien potencjał. To znaczy my musimy w sobie tę emocjonalność rozwinąć, by zawsze była na właściwym miejscu, by nie spuszczać jej z hamulców, ale też jej nie zadusić. To jest bardzo trudne. Są narody, które przekreśliły emocjonalność uznając ją za stan z gruntu zły, stąd nieokazywanie uczuć jest kryterium pozytywnej oceny człowieka, inne z kolei emocjonalność, uznają za najwyższy przejaw człowieczeństwa, stąd brak emocji lub kontrolę emocji uznają za brak szczerości, czyli też coś złego. My natomiast dysponujemy taką skalą emocji, że wszystko, ale w odpowiedni sposób, musi być emocjonalne. To jest nasza polska kultura uczuć, której jednak musimy się uczyć, żeby czuć się swobodnie. Otóż podstawową szkołą tej nauki jest polska literatura klasyczna, która poprzez język, osoby, a właściwie osobowości i sytuacje stwarza możliwość wyrażania najrozmaitszych uczuć i to właśnie w różnej skali.

Musi to być jednak słowo mówione, bo dopiero wtedy słyszymy różną wysokość dźwięku, rozpoznajemy melodię frazy czy falowanie intonacji. Dziś w teatrze, w filmie, w mediach, w szkole, na uniwersytetach taki język nie istnieje. Trudno w to uwierzyć, ale takiego języka nie ma. Owszem, może to być język nawet oprawny, gramatyczny, i na tym koniec, reszta to szwargot, żwir, monotonia, nuda albo irracjonalny krzyk czy zwykłe darcie. Właściwie od nowa musimy uczyć się polskości poprzez język. A tu Słowacki wylatuje ku nam jak ptak, który zabierze nas na swoje skrzydła i pokaże te wszystkie piękności, cuda, cudeńka, którym na imię Polska.

Każdy polski pisarz, jeśli był polskim pisarzem, wszystko jedno, czy chodziło o powieści, czy o poezję, gdy tylko dotknął dzieł Słowackiego, nie rozstawał się z nimi do końca życia. Bo to jest polska dusza zaklęta w słowie. Takiego słowa się nie naśladuje, ono jest niewyczerpanym źródłem inspiracji i dlatego taki kontakt jest zawsze twórczy i potrzebny. Ale trzeba mieć polską duszę, kto jej nie ma, ten ani nie zrozumie, ani nie będzie tego potrzebował. Jego sprawa. I ciekawa rzecz, gdy Mickiewicz to jest bezdyskusyjnie nasz grunt, nasza ziemia, to Słowacki z kolei uchwycił w naszym języku coś tak delikatnego i ulotnego, jakby nitkę babiego lata, że powstaje jakiś zaczarowany świat, mocą gry wyobraźni. Kochał Słowackiego Sienkiewicz, ale kochał i Józef Conrad, który wprawdzie pisał po angielsku, ale duszę miał zawsze polską.

Przywracając Juliusza Słowackiego w pełnym blasku i sile jego słowa, odzyskujemy naszą duszę i stajemy się na powrót Polakami. Zmywamy ten brud zaborów, okupacji, komuny, odzyskujemy nieskazitelną biel wdzięku i polotu, męstwa i serdeczności, nadziei i zwycięstwa

Piotr Jaroszyński

Co Adam Mickiewicz napisał w Kownie?

W „Magazynie Polskim” (11/2017) przeczytałam artykuł Mieczysława Jackiewicza zat. „Nierozwiązana tajemnica: miejsce zamieszkania Adama Mickiewicza w Kownie”. Jestem ciekawa, jakie utwory napisał poeta w Kownie? Czy był to dla niego ciekawy okres pod względem twórczym?

Weronika Burzyńska

Na pytanie Czytelniczki odpowiada Autor artykułu profesor Mieczysław Jackiewicz:

– W Kownie przyjęto Adama Mickiewicza bardzo życzliwie, szczególną opieką otoczyła go tam żona prefekta, bliżej nieznana pani Dobrowolska, która, jak podaje profesor Jarosław Marek Rymkiewicz, „miała dostarczyć ubogiemu poecie pościel oraz brakujące mu koszule. Mickiewiczem zajęła się troskliwie także żona miejscowego lekarza powiatowego, Józefa Kowalskiego. Mimo wielu rozrywek i przyjemności, których dostarczali poecie państwo Kowalscy, a szczególnie piękna Karolina, Mickiewicz czy to z powodu oddalenia od przyjaciół, czy to z powodu wyjazdu z wielkiego miasta, jakim w porównaniu z Kownem wtedy było Wilno, czy to jeszcze z jakiegoś innego powodu – uważał, że Kowno jest miejscem wygnania i straszliwie nudził się tam oraz – jak wtedy mówiono – splinował”. W jednym z listów z 1820 roku poeta pisał: „… ale jak bywam tu nudny, zły, jednym słowem nieszczęśliwy – tego wy, w Wilnie siedząc, nie pojmiecie”.

Rynkiewicz, znawca życia i twórczości poety, uważa, że złe humory oraz tajemnicze cierpienia, może miłosne, a może egzystencjalne, wcale nie przeszkadzały młodemu poecie w intensywnej pracy pisarskiej. W Kownie powstało wiele wierszy, które miały wejść do pierwszego tomu Poezyj, i można nawet powiedzieć, że cykl Ballady i romanse, choć nie w całości napisany w Kownie, ma proweniencję kowieńską, ponieważ najważniejsze wiersze cyklu pochodzą z tego właśnie okresu.

Warto wspomnieć, że w 1819 roku Mckiewicz napisał w Kownie balladę To lubię oraz piosenkę „Hej radością oczy błysną”, w roku 1820 Odę do młodości, Pieśń filaretów, pierwszą wersję Pierwiosnka, Kurhanek Maryli, Rękawiczkę, Tukaj, Lilije oraz Hymn na dzień Zwiastowania N.P. Maryi oraz bardzo ważne wiersze: Romantyczność, Powrót taty oraz pierwszy Żeglarz. Według Stanisława Pigonia, w Kownie powstały pierwsze partie Dziadów, pod koniec roku 1820 została tam napisana pierwsza redakcja części II Dziadów, a także poemat Konrad Wallenrod, gdzie w Powieści wajdeloty poeta ukazał obraz XIV-wiecznego Kowna.

Wspomniany krytyk literacki J.M. Rynkiewicz uważa, że Adam Mickiewicz nie lubił Kowna, więc chętnie to miasto opuścił – podkreśla Mieczysław Jackiewicz

Losy Witkiewiczów z Poszawsza na Żmudzi (1)

Miejscowość Poszawsze leży nad rzeką Szauszą, dawniej w powiecie szawelskim, obecnie na terytorium rejonu kielmowskiego na Żmudzi. Ze źródeł historycznych wiadomo, że w XVI-XVIII w. miasteczko było centrum oświatowym Żmudzi.

W tym okresie dwór w Poszawszu należał do Bejnartów. Stanisław Bejnart, notariusz i skarbnik WKL, będąc bezdzietnym Poszawsze zapisał jezuitom, którzy uporządkowali dwór i dobra. Podczas wojny północnej (1665-1660) miasteczko mocno ucierpiało, ale na początku XVIII w. dzięki jezuitom znowu zaczęło się rozwijać: działały wówczas dwie karczmy, browar, piekarnia, był szpitalik. W centrum miasteczka stał murowany kościół, obok klasztor i budynek kolegium (szkoła i bursa), w którym wykładali sprowadzeni z Wilna profesorowie. Po kasacji zakonu jezuitów w 1773 r. kolegium przejęła Komisja Edukacji Narodowej. Jednakże z braku zainteresowania nauką przez okoliczną szlachtę kolegium wkrótce przestało istnieć i miasteczko powoli podupadło. Dwór kupił Jan Wołkowski, który na początku XIX wieku odsprzedał go Wiktorynowi i Justynie z Mikuckich Witkiewiczom herbu Nieczuja, właścicielom majątku Gordele w d. powiecie szawelskim. Z chwilą przeprowadzki Witkiewiczów do Poszawsza ta miejscowość stała się gniazdem rodzinnym potomków Wiktoryna i Justyny Witkiewiczów.

Franciszek Szemiot, przywódca powstania listopadowego na Żmudzi

Ignacy

Gospodarzyć w Poszawszu pozostał młodszy syn Wiktoryna i Justyny Witkiewiczów – Ignacy. Jako 17-letni młodzieniec uczestniczył w powstaniu listopadowym na Litwie. Później ożenił się z Elwirą z Szemiothów herbu Łabędź, z rodziny znanej w Wielkim Księstwie Litewskim od bodaj XVI wieku. Mieli oni trzynaścioro dzieci. Czworo zmarło w dzieciństwie, natomiast dziewięcioro – czterech synów (Wiktor, Jan, Ignacy, Stanisław) oraz pięć córek (Elwira, Barbara, Maria, Aniela i Eugenia) chowało się zdrowo w poszawskim domu. Ze względu na liczną rodzinę Ignacy dwór rozbudował. Jak wspominają jego wnuki, było w nim aż 36 pokojów.

W 1863 roku 49-letni Ignacy Witkiewicz nie pozostał obojętny i włączył się do powstania: jako naczelnik cywilny powiatu szawelskiego dostarczał powstańcom konie, obrok, żywność, broń. Do powstania poszedł też jego starszy, szesnastoletni syn Jan, lecz niedługo walczył, bowiem wkrótce przywiózł go wynędzniałego do Poszawsza chłop żmudzki. Najstarszy syn Ignacego – Wiktor, z powodu słabego zdrowia służyćw wojsku nie mógł, otrzymał od Rządu Narodowego rozkaz zbierania podatków, werbowania ochotników. Pomagała mu w tym matka. Ponadto sojuszniczką Wiktora była siostra Barbara zaręczona wówczas z młodym lekarzem Matusewiczem. Z chwilą wybuchu powstania najmłodszy syn Witkiewiczów – Stanisław był uczniem klasy trzeciej gimnazjum w Szawlach, jako patriota porzucił naukę i również włączył się do powstania. Będąc dwunastoletnim chłopcem pełnił rolę łącznika, dostarczając powstańcom prowiant, proch oraz bieżące informacje o ruchach oddziałów carskich. Trzeci z rzędu syn Witkiewiczów Ignacy nie uczestniczył w powstaniu, uczył się w gimnazjum i następnie został studentem Uniwersytetu w Petersburgu.

Pomnik wolności w Poszawszu

Po stłumieniu powstania ojca – Ignacego Witkiewicza, matkę – Elwirę Witkiewiczową oraz rodzeństwo – Barbarę i Jana skazano na zesłanie do guberni tomskiej na pięć lat. Ukrywający się najstarszy brat Wiktor skazany został zaocznie na karę śmierci. Z pomocą dzielnej siostry Barbary udało mu się zbiec za granicę, zaopiekował się nim brat matki Franciszek Szemiot, nieco później zaopiekował się on także dziesięcioletnią Anielką, przewiezioną do Paryża. W drodze łaski pozwolono wszystkim skazanym członkom rodziny na wyjazd do Tomska.

Stanisław, Maria i Eugenia wyruszyli razem z rodzicami jako osoby „towarzyszące”. Odjeżdżających żegnali chłopi z Poszawsza, z płaczem, jak napisze później w swoich „Wspomnieniach” Maria Witkiewiczówna, obejmujący kolana rodziców, deklarując opiekę nad dziećmi. Na zesłaniu w Tomsku rodzina Witkiewiczów przebywała od 1864 do 1868 r. Dzięki zabiegom starszego brata Stanisława, Ignacego Witkiewicza, studiującego wówczas na Uniwersytecie w Petersburgu, uzyskano zgodę na powrót rodziny Witkiewiczów, ale nie na Litwę, lecz do Królestwa. Ignacy Witkiewicz z żoną Elwirą, córkami Eugenią, Marią, Barbarą i jej córką i mężem Władysławem Matusewiczem, a także z synem Janem wypłynęli statkiem z Tomska 29 sierpnia 1868 roku. Stanisław wcześniej, bo wiosną 1868 roku wyjechał z Syberii do kraju, gdzie rozpoczął starania o zwolnienie ojca z rodziną i brata Jana z zesłania.

Alwida Bajor, dziennikarka wileńska, odnalazła w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem notatnik z tej podróży, spisany ręką Ignacego Witkiewicza. W powrotnej drodze do ojczyzny, na statku płynącym po rzece Ob pisał 7 września1868 r.: „… śpi nas siedmioro z wnuczką naszą [Elwircia Matusewiczówna, córka Barbary i Władysława, imienniczka swojej babki] – tutaj skład naszych rzeczy, produktów jadalnych […] na pierwszy widok przedstawia się na kształt szałasu cygańskiego”. 12 września odnotował, że tnie śnieg i że wysoka fala huśta statkiem.13 września zanotował: „… dopływamy do Irtysza na drodze tej już bez powrotu, aby Bóg dał szczęśliwie tę podróż przeżyć”. W chwilę później Ignacy Witkiewicz już nie żył. „Nie cierpiąc wcale osunął się cicho w objęcia nieszczęśliwej Matki. […] Co za rozpacz!” – napisze później córka Maria.

Zachowane pozostałości dawnego zespołu pojezuickiego w Poszawszu

Dramatyczna podróż rodziny skończyła się w Tobolsku, gdzie Ignacy Witkiewicz został pochowany, w trumnie, którą syn Jan zrobił na statku.

Po powrocie z Syberii rodzina Witkiewiczów zamieszkała w Warszawie, potem przeniosła się do Łowicza, następnie do Urdomina w pobliżu miasta Łoździeje, do majątku siostry Elwiry Witkiewiczowej. Do Poszawsza Witkiewiczowie nigdy nie powrócili. Majątek władze carskie skonfiskowały. Losem tego majątku zainteresował się Henryk Matusewicz, mieszkaniec Kowna, prawnuk doktora Władysława Matusewicza. W archiwalnych dokumentach H. Matusewicz znalazł informację, że w końcu XIX wieku dwór w Poszawszu był w rękach niejakiego Pokarklińskiego, „katolika dworzanina” (jak zapisano w inwentarzu z carskich czasów). W 1889 roku właścicielkami Poszawsza były panny Pokarklińskie – Marcjanna, Barbara i Paulina. Majątek liczył około 300 ha gruntu razem z lasem… W latach 20. XX wieku majątek został rozparcelowany, w Poszawszu utworzono centrum gminy, później wieś włączono do gminy w Podubisi. W 1931 roku wzniesiono tu pomnik pamięci walk ochotników litewskich w 1919 roku z rosyjskimi oddziałami gen. Pawła Bermondta-Awałowa. W 1961 roku pomnik ten został zburzony, zaś w 15 lipca 1989 roku odbudowany. Obecną właścicielką Poszawsza jest Danutė Landzbergienė z Narbuttów.

Kościół rzymskokatolicki w Tomsku

Dwór Witkiewiczów zachował się i obecny wygląd jego tak oto opisuje nieżyjący już niestety Henryk Matusewicz: „Jest to budowla murowana, podpiwniczona, wzniesiona na wysokiej podmurówce, o tynkowanych i malowanych na biało ścianach obwiedzionych pod okapem profilowanym gzymsem, z pilastrami w narożach. W elewacji frontowej w trójosiowej części centralnej znajduje się ganek powstały wtórnie z obudowania czterokolumnowego portyku, elewacje boczne są także trójosiowe. Wtórne jest również obecne przykrycie eternitem naczółkowego dachu z jedną małą lukarną oraz drewniany fronton nad gankiem. Oryginalne natomiast są, jak się wydaje, profilowane obróbki murarskie otworów okiennych mieszczących sześciopolowe dwuskrzydłowe okna. Dwór otacza zaniedbany park, zaś w jego pobliżu są ruiny siedemnastowiecznego zespołu pojezuickiego – kościół i kolegium”.

Stanisław

Pierwsze nauki mały Staś pobierał w domu. Na początku lat sześćdziesiątych, podobnie jak starsi bracia, rozpoczął naukę w gimnazjum w Szawlach. Naukę Stanisława Witkiewicza w gimnazjum, uczęszczał wtedy do trzeciej klasy, przerwał wybuch powstania styczniowego w 1863 r. Po upadku powstania razem z rodziną przebywał na zesłaniu w Syberii.

Portret Stanisława Witkiewicza autorstwa Jacka Malczewskiego. Ok. 1897 r.

Po powrocie z zesłania w 1868 r. Stanisław Witkiewicz rozpoczął studia na Akademii Sztuki w Petersburgu. Przebywał tam w latach 1868-1871. Studia te kontynuował od roku 1872 do 1875 w Monachium. W stolicy Bawarii poznał licznych polskich artystów. Cierpiał tam jednak niedostatek, często głodował, początkowo odczuwał też samotność. To sprawiło, że młodemu Żmudzinowi w tym okresie nie były obce myśli samobójcze. Na pobyt w Monachium składał się też początek jego przyjaźni z Józefem Chełmońskim, a także poznanie Adama Chmielowskiego (późniejszy Brat Albert), którego poglądy na sztukę wywarły wielki i trwały wpływ na Stanisława.

Po powrocie do kraju w 1873 r. zamieszkał z matką i dwiema siostrami – Marią i Eugenią w Warszawie. W 1875 r. powstały tu trzy jego obrazy „Polowanie z chartami”, „Na pastwisku” oraz „Orka”. W tym samym roku poznał Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa i wraz z J. Chełmońskim, Antonim Piotrowskim i A. Chmielowskim, otworzyli „Wielką malarnię”. Mieściła się ona na poddaszu hotelu „Europejskiego”. Warszawska publiczność, gustująca w tradycyjnej, uwznioślonej sztuce, odrzuciła jednak proponowane przez trzech artystów malarstwo realistyczne. Aby zarobić na utrzymanie, Stanisław Witkiewicz wykonywał w tym okresie lustracje do czasopism i książek.

Helena Modrzejewska – niespełniona miłość Stanisława Witkiewicza

Z powrotem Witkiewicza do kraju, wiązał się też początek jego miłości do Heleny Modrzejewskiej; miłości niespełnionej, która zresztą nigdy nie wygasła. Na początku lat 80. zachorował na gruźlicę. Na leczenie wyjechał w Alpy Tyrolskie. Niedługo po powrocie w 1884 r. objął funkcję kierownika artystycznego „Wędrowca”, redagowanego w Warszawie. Wkrótce po objęciu posady w „Wędrowcu”, w 1884 roku Stanisław Witkiewicz ożenił się z Marią Pietrzkiewicz, nauczycielką muzyki, urodzoną w 1853 roku w Tryszkach, położonych dawniej w powiecie szawelskim, obecnie w rejonie telszewskim na Żmudzi. Ojcem Marii Witkiewiczowej był Wawrzyniec Maurycy Pietrzkiewicz, a matką Julia z Rudnickich. Ojciec pochodził z drobnej szlachty żmudzkiej – z rodziny Wadowskich-Pietrzkiewiczów herbu Ostoja, był powstańcem styczniowym. Maria kształciła się w Konserwatorium Warszawskim pod kierunkiem Rudolfa Strobla i Władysława Żeleńskiego, naukę ukończyła w 1872 roku. Przez wiele lat była nauczycielką muzyki. Opracowała „Elementarz muzyczny”, wydany w Krakowie.

W roku 1885 urodził się ich jedyny syn Stanisław Ignacy. Warto odnotować, że Stanisław Ignacy został ochrzczony dopiero… sześć lat później. Stanisław Witkiewicz obiecał bowiem Helenie Modrzejewskiej, że będzie matką chrzestną jego dziecka. A wielka aktorka dopiero w 1891 r. wróciła z zagranicznych wojaży (ojcem chrzestnym chłopca był słynny Jan Krzeptowski zwany Sabałą).

Małżeństwo Witkiewiczów nie należało do udanych. Maria Witkiewiczowa, zawiedziona w miłości małżeńskiej, całą miłością obdarzyła swe jedyne dziecko. Wychowywała je zresztą we wrogości do ojca. Na początkową niechęć syna do ojca wpływ miał też fakt, że Stanisław traktował potomka jak człowieka dorosłego – bez żadnych roztkliwień.

Stanisław Witkiewicz z synem. Ok. 1893 r.

W późniejszych latach to Stanisław Witkiewicz zajął się wychowaniem syna. Czynił to zresztą w bardzo oryginalny sposób. Na przykład jako zdecydowany przeciwnik systemu szkolnego, zorganizował Stasiowi lekcje w domu. Jedynie egzaminy semestralne zdawał on w szkołach. Pozwalał również synowi czytać wszystko, na co tylko miał ochotę. Sprzyjał też rozmaitym zainteresowaniom syna.

W 1904 r. stan zdrowia (płuca i serce) Stanisława Witkiewicza gwałtownie się pogorszył; niemal nie opuszczał domu, a bardzo często również łóżka. Za namową lekarzy zdecydował się wyjechać na pewien czas na południe. Pocieszeniem dla niego było to, że w tej podróży mógł mu towarzyszyć syn. 21 października 1904 roku wyruszyli do Lovrany na półwyspie Istria (obecnie w granicach Chorwacji), niedaleko Triestu (pierwotnie miejscem pobytu miała być mała wyspa na Adriatyku – Lussin Piccolo). Witkacy powrócił stamtąd do Zakopanego na początku stycznia 1905 r., zaś jego ojciec – w maju.

Wiatr halny w Tatrach. Obraz Stanisława Witkiewicza

W listopadzie 1908 r., pod opieką Marii Dembowskiej i swej siostry Eugenii, Witkiewicz-senior ponownie udał się do Lovrany. Był przekonany, że tak jak poprzedni, będzie to pobyt tylko kilkumiesięczny. Nie przypuszczał, że do Polski już nie powróci. Choć stale łudził się, żył nadzieją, że powrót jednak nastąpi. Postępy gruźlicy sprawiły, że był coraz słabszy, coraz bardziej wyniszczony. Dawał mu się we znaki także artretyzm. Tak więc o podróży do Zakopanego mógł już tylko… marzyć. I marzył! O tym, w jakiej kondycji fizycznej znajdował się wówczas, świadczy na przykład to, że po 1908 r. nie powstała już żadna praca malarska – nie był bowiem w stanie posługiwać się pędzlem. Choroba w zaawansowanym stadium, w połączeniu z artretyzmem, dokonała też dosłownego rozstrzygnięcia swoistej rywalizacji, jaka w nim dotąd się odbywała. W tym okresie zajmował się też pracą literacką. Pisanie stało się dla Stanisława Witkiewicza jedyną dostępną mu formą wypowiedzi.

Teksty, które wówczas powstały (znaczna ich część zaginęła), nie dotyczyły jednak sztuki. Były to bowiem rozważania poświęcone polityce, sprawom społecznych, etyce. Mające, w zamierzeniu ich autora, wskazać Polakom drogę do odbudowania własnej państwowości, jak też umożliwić naprawę ludzkości. Z tym, że w lovrańskim okresie swego życia napisał szczególnie wiele listów. Była to bowiem forma kontaktu, przede wszystkim z żoną i synem, ale także z innymi osobami, w tym z siostrą Marią.

Stan finansów Witkiewicza podczas pobytu na półwyspie Istria był opłakany. Pozbawiony możliwości zarobkowania utrzymywany był przez siostry i Marię Dembowską – swego anioła opiekuńczego. Musiał zresztą wyrzec się wielkiego marzenia – zobaczenia syna, któremu nie był w stanie opłacić podróży jak też pobytu. A Witkiewicz- syn był w takiej samej sytuacji finansowej.

Grób Stanisława Witkiewicza na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem

5 września 1915 r., schorowany, tęskniący a synem, Stanisław Witkiewicz, w Lovranie zmarł. A 12 dni później jego ciało spoczęło na Cmentarzu na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem

cdn

Mieczysław Jackiewicz

Powstaje film o Ignacym Domeyce

Nasz wybitny ziomek Ignacy Domeyko musiał opuścić strony rodzinne po klęsce powstania listopadowego. W 1837 roku znalazł się na drugim krańcu świata – w Chile, gdzie stał się jednym z najbardziej zasłużonych ludzi tego kraju. Jego życiorys to wprost gotowy scenariusz na film.

I taki powstaje. Będzie to film dokumentalny, kręcony na dwóch kontynentach, według scenariusza Tomasza Grzywaczewskiego – polskiego dziennikarza, pisarza, dokumentalisty i podróżnika.

Jak opowiedział Tomasz Grzywaczewski dla „Magazynu Polskiego”, w filmie twórcy chcą pokazać osiągnięcia Ignacego Domeyki w Chile. Mieszkańców zaś kraju w Południowej Ameryce na pewno zainteresuje poznanie ziem ojczystych Domeyki: czyli Polski, Białorusi i Litwy.

Pomysł ten, jak zaznaczył dziennikarz, narodził się podczas jego podróży do Miru na Białorusi. – Trafiłem wówczas do miejscowego kościoła i na jego tyłach zupełnie przypadkowo zobaczyłem tablicę nagrobną Antoniego Hipolita Domeyki, ojca uczonego. Zacząłem się interesować życiorysem Ignacego Domeyki i dowiedziałem, że urodził się na Nowogródczyźnie. Jego los jest niezwykłą tułaczą historią człowieka, który trafił na krańce świata. I ta historia mnie zafascynowała – podkreślił.

Tomasz Grzywaczewski – autor scenariusza z przedstawicielami ludu Mapuczów. Fot. Siarhei Marchyk

Niedawno członkowie ekipy filmowej powrócili z Chile, gdzie pracowali nad zdjęciami do filmu. Wyprawę do Nowego Świata poprzedzały długie przygotowania. Ogromną pracę wykonali współscenarzyści Beata i Tomasz Błasiakowie. Zapoznali się z twórczością Domeyki, m.in. z jego utworami autobiograficznymi oraz listami, które wysyłał do swoich przyjaciół, w tym do Adama Mickiewicza. W taki sposób została przygotowana merytoryczna warstwa projektu, umożliwiająca ekipie dotarcie do miejsc szczególnie ważnych do sfilmowania.

„Do Chile lecieliśmy samolotem – opowiada Tomasz Grzywaczewski, – tam zaś podróżowaliśmy samochodami. Ten kraj jest ogromny: jeżeli nałożyć Chile na mapę Europy, to północ będzie na wysokości Gdańska, południe zaś w Czadzie w Afryce. Pracowaliśmy od rana do nocy. Sporo czasu spędziliśmy w pustyni Atakama oraz na północ od Santiago – w miejscowości Coquimbo, gdzie Domeyko mieszkał przez wiele lat i tam prowadził swoje badania, tam dokonał odkryć, które potem zaowocowały rozwojem gospodarki chilijskiej”.

Podczas kręcenia filmu o Domeyce. Fot. Beata Pawelczyk-Błasiak

Warto zaznaczyć, że o zasługach Ignacego Domeyki nadal pamięta się w tym kraju Ameryki Łacińskiej, przede wszystkim w środowisku naukowym. Jego popiersie znajduje się w Santiago, w stolicy kraju, w głównym gmachu uczelni Universidad de Chile, gdzie przez 16 lat był jego rektorem. Zreformował i stworzył nowoczesny uniwersytet na wzór Uniwersytetu Wileńskiego i Sorbony. Zreorganizowany Uniwersytet Chilijski w Santiago stał się czołową wyższą uczelnią w całej Ameryce Łacińskiej. Zgromadził też obszerną kolekcję minerałów i nawiązał współpracę z uniwersytetami europejskimi.

Niezwykły krajobraz w Chile, który podziwiał i opisywał nasz ziomek Ignacy Domeyko. Fot. Tomasz Grzywaczewski

Podczas pobytu w Chile ekipa filmowa spotkała się z rektorem Universidad de Chile. Tomasz Grzywaczewski podkreślił, iż miał zaszczyt poznać potomków Domeyki: „Ród jest bardzo liczny, potomkowie Ignacego mieszkają w różnych krajach. Spotkaliśmy się z kilkoma osobami z rodu, m.in. z Fernandem Domeyką, który jest już w podeszłym wieku, oraz też z młodym Franciszkiem Domeyką. Ten ostatni jest artystą. Jego najnowsza wystawa zostanie poświęcona Kordylierze Domeyki – jest to pasmo górskie w Andach nazwane na cześć badacza. Także to nie jest tylko dynastia naukowców, bo część rodu kultywuje tradycję artystyczną swego przodka”.

Tomasz Grzywaczewski na pustyni Atakama podczas nagrywania filmu o Domeyce w Chile. Fot. Beata Pawelczyk-Błasiak

Bardzo interesującym dla członków ekipy było spotkanie z ludem Mapuczów – rdzenną ludnością zamieszkującą tereny Araukanii, położonej na południe od Santiago. Lud ten bardzo długo, bo aż do połowy XIX w. opierał się kolonizacji. Domeyko odbył dwie wyprawy do Araukanii. Przyjeżdżając tam uwielbiał jeździć konno. Mówił, że te krajobrazy przypominają mu rodzime z Nowogródczyzny. Podróże zaowocowały wydaniem książki pt. „Araukania i jej mieszkańcy”. Jest to nie tylko opowieść o podróżach. Uczony bowiem opowiadał się za tym, by zachować kulturę i tożsamość Mapuczów. W związku z tym jednym z wątków filmu jest pokazanie, że Ignacy Domeyko był nie tylko wybitnym badaczem, lecz także człowiekiem, który z wielkim szacunkiem traktował rdzennych mieszkańców tamtych terenów, w pewnym sensie był rzecznikiem ich praw.

Podczas podróży Polacy spotkali się ze wspólnotą Mapuczów, wzięli udział w tradycyjnej ceremonii powitania, takiej samej, w której wówczas brał udział Domeyko – w tradycyjnej chacie z udziałem wodzów wspólnot lokalnych oraz kobiety-szamanki.

Tomasz Grzywaczewski przed biurem turystycznym w Chile. Fot. Siarhei Marchyk

Po powrocie z Chile ekipa filmowa przystępuje do kręcenia zdjęć filmowych w Warszawie i Krakowie – pod koniec życia Domeyko współpracował z Uniwersytetem Jagiellońskim.

W tym roku przypada 220. rocznica urodzin Ignacego Domeyki. Z tej okazji premiera filmu dokumentalnego poświęconego życiu naszego wybitnego ziomka miała się odbyć dokładnie w dzień jego urodzin – 31 lipca. Prace nad filmem jeszcze trwają. „Oficjalnie jednak o premierze jeszcze nie mówimy – zaznacza Tomasz Grzywaczewski. – Prawdopodobnie jesienią będzie w Polsce, wiosną zaś w Chile”. Głównym mecenasem projektu filmowego wystąpiła KGHM Polska Miedź S.A

Igor Karpowicz