Rząd na uchodźstwie

W czasie II wojny światowej polskie władze na uchodźstwie były uznawane na arenie międzynarodowej. Po wojnie władze te starały się być dla Polonii symbolem nadziei na wyzwolenie kraju spod władzy komunistów.

1 września 1939 r. Niemcy napadły na Polskę, kolejnym ciosem stał się atak ZSRR 17 września tego samego roku. Przekreślił on szanse Polaków na skuteczną obronę przed najeźdźcami. W obliczu klęski prezydent RP Ignacy Mościcki opuścił tereny Rzeczypospolitej i znalazł się w Rumunii. Tam jednak został uwięziony. Wyznaczył na swojego następcę przebywającego w Paryżu Władysława Raczkiewicza.

Prezydent Raczkiewicz kierował polskim rządem na uchodźstwie przez cały okres II wojny światowej: najpierw w stolicy Francji, a po jej zajęciu przez Niemców – w Londynie. Funkcjonowanie na obczyźnie rządu czy prezydenta, gdy kraj jest zajęty przez agresora, jest regulowane przez prawo międzynarodowe.

Kiedy do prezydenta Raczkiewicza dotarły informacje, że alianci zamierzają uznać utworzony przez komunistów rząd za prawowity organ władzy w Polsce, pod koniec czerwca 1945 r. wydał on apel do narodu. „Rząd Polski nie może się zgodzić na narzucenie Polsce ustroju obcego podstawowym pojęciom wolności, porządku prawnego i moralnym tradycjom narodu polskiego” – czytamy w tym dokumencie. Zaznaczono w nim, że prawny rząd i prezydent Rzeczypospolitej są mandatariuszami woli narodu, aż do czasu, gdy odbędą się w Polsce wolne i uczciwe wybory. Deklaracja ta obowiązywała rząd w Londynie przez cały okres jego późniejszej działalności. Rząd aktywnie angażował się w krzewienie wiedzy o zbrodniach dokonywanych przez Sowietów na polskich obywatelach. Chodziło przede wszystkim o Zbrodnię Katyńską.

W 1948 r. ukazało się opracowanie „Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów” z przedmową gen. Andersa, przemycane później do Polski. Drugim aspektem działalności rządu na uchodźstwie było krzewienie i promocja polskiej kultury oraz literatury. W Londynie działały wydawnictwa, księgarnie i biblioteki emigracyjne. Ukazywała się prasa, m.in. „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”, tygodnik „Orzeł Biały”.

Przez cały okres PRL, zwłaszcza pod sam jej koniec, ośrodek londyński żywo interesował się wydarzeniami w kraju, organizując pomoc dla opozycji demokratycznej. Przemiany w Polsce dawały prezydentom: Edwardowi Raczyńskiemu (1979-1986) i Kazimierzowi Sabbatowi (1986-1989) nadzieję na zakończenie ich misji.

Sabbat zmarł nagle w Londynie, półtora miesiąca po częściowo wolnych wyborach 4 czerwca 1989 r. Na mocy porozumień Okrągłego Stołu 19 lipca tegoż roku na prezydenta Polski wybrano gen. Wojciecha Jaruzelskiego. 22 lipca na prezydenta na uchodźstwie został zaprzysiężony Ryszard Kaczorowski.

W Polsce zachodziły przemiany. Premierem był opozycjonista Tadeusz Mazowiecki, prezydentem zaś komunista Jaruzelski. Zgodnie ze wspomnianą już odezwą z 1945 r. rząd polski w Londynie chciał zakończyć swoją misję, ale wstrzymywał się z ostateczną decyzją.

Za pierwsze wolne wybory prezydenckie rząd londyński uznał te, które odbyły się na przełomie listopada-grudnia 1990 r. Wygrał je wówczas Lech Wałęsa. 20 grudnia prezydent Kaczorowski wydał dekret o zakończeniu działalności i rozwiązaniu Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie. Dwa dni później na Zamku Królewskim w Warszawie przekazał insygnia prezydenckie swojemu następcy.

W tej ciągłości wyraża się wyjątkowy symbolizm. III Rzeczpospolita nie wynika z PRL, lecz z działalności prowadzonej na obczyźnie.

Anna Malinowska

Polska tajna działalność oświatowa w guberni grodzieńskiej (1864–1914) – cz. 2

Ostatecznym celem polityki carskiej miała być całkowita rusyfikacja guberni grodzieńskiej, która miała zostać osiągnięta poprzez niedopuszczanie nauczania języka polskiego nie tylko w szkołach rządowych, ale także w prywatnych oraz niszczenie tajnych szkół metodami represyjnymi.

Cała gubernia grodzieńska pokryta została siecią polskich tajnych szkół. Podobna sytuacja była w innych guberniach Kraju Północno-Zachodniego. Aktywny sprzeciw Polaków i Białorusinów wyznania katolickiego, chcących uczyć swoje dzieci czytać i pisać po polsku oraz domagających się wykładania religii w języku polskim, wywoływał ostrą reakcję ze strony rządu carskiego, który jak już wspomniano, w 1892 roku wydał ukaz, na podstawie którego założycieli i nauczycieli tajnych szkół karano w trybie administracyjnym.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Imperium Rosyjskiego i carska administracja Kraju Północno- Zachodniego, bezwzględnie rozprawiając się z tajnym nauczaniem w języku polskim, jednocześnie prowadziły działania mające na celu definitywne wyeliminowanie go ze sfery użytku publicznego.

Wacław Sieroszewski. 1914 r.

24 czerwca 1893 roku zwierzchnik Kraju Północno-Zachodniego pisał do gubernatora grodzieńskiego: „Na skutek polskiej rebelii, która przeniknęła również do zachodnich guberni, rząd uznał za uzasadnione zaopatrzyć w niektóre specjalne pełnomocnictwa wyższe władze tych guberni w osobie generała-gubernatora, aby mógł pilnie śledzić przejawy wszelkiej polskiej propagandy i razem z tym dać tej władzy prawo do stosowania odpowiednich środków karnych”.

Do katalogu wykroczeń o charakterze politycznym włączono również używanie języka polskiego w miejscach publicznych, w oficjalnych kontaktach z osobami urzędowymi, na zebraniach publicznych, w służbowych i publicznych pomieszczeniach, na spacerach, podczas widowisk, w kawiarniach, cukierniach, w sklepikach i w sklepach. Nie zważając jednak na obowiązujące rozporządzenia, nakładające na winnych ich naruszenia grzywny w trybie administracyjnym, w ostatnich latach, jak zauważył zwierzchnik Kraju Północno-Zachodniego, łamanie obowiązujących przepisów zaczęło się powtarzać.

Oaza polskości w Grodnie

Polityka rusyfikacji dawała się miejscowym Polakom we znaki. Tak o sytuacji ludności polskiej w Grodnie pod koniec XIX wieku pisał Wacław Sieroszewski: „W ostatniej ćwierci dziewiętnastego stulecia Grodno wydawało się miastem do gruntu zruszczonym. Duch polski nikł, krył się w niepozornych domkach mieszczańskich, wyglądał przez małe okienka znużonym spojrzeniem nękanych rodziców, wystraszonymi oczami gnębionej w rosyjskich szkołach dziatwy. Jedynym cieplejszym i jaśniejszym płomykiem w tym mroku ucisku i zwątpienia był dom Elizy Orzeszkowej. Ku niej zwracały się oczy wszystkich, związanych tu jeszcze w jakikolwiek sposób z polskością. W jej dworku w śródmieściu niedaleko parkowego jaru grało swoiste życie, odbijające fantastycznie od cudzoziemskiego i cudacznego otoczenia nie tylko swym głęboko polskim charakterem, lecz i swą żywością i wysokim umysłowym poziomem”.

Wielki salon w domu Elizy Orzeszkowej w Grodnie

W domu Orzeszkowej nadal działał „uniwersytet” dla dziewcząt, odbywały się tajne lekcje dla chłopców z grodzieńskich gimnazjów. W domu były też biblioteka i czytelnia, organizowane poza wiedzą i zgodą ówczesnych władz. Franciszek Godlewski – przyjaciel i częsty gość pisarki w jej domu wspominał po latach: „Ten dom był azylem, dokąd schroniła się dusza polska. Był jakby wyspą, o którą rozbijały się złośliwe fale polityki zaborców, zalewające współczesne życie zwyciężonych”.

Łunna. Tutaj, jak i w innych miejscowościach gminy i powiatu, odbywało się tajne nauczanie. Jedna ze starych ulic miasteczka, którą chodziła Orzeszkowa. fot. Archiwum ZPB

Pisarka organizowała w swoim mieszkaniu spotkania z przedstawicielami świata nauki, literatury i sztuki, na które przyjeżdżały wybitne osoby z Warszawy, Krakowa, Wilna, Petersburga i z zagranicy. Eliza Orzeszkowa współpracowała z polskimi stowarzyszeniami. W jej mieszkaniu spotykali się przedstawiciele Grodzieńskiego Towarzystwa Rolniczego i Towarzystwa Dobroczynności. Pisarka prowadziła Kasę Ubogich, wspierała Towarzystwo Opieki nad Dziećmi, organizowała loterie fantowe na rzecz ubogich, opiekowała
się ochronką dla dzieci.

Początek liberalizacji i sprzeciw władz

Przełom w historii oporu Polaków przeciwko przymusowej rusyfikacji w guberni grodzieńskiej przyniósł początek XX wieku. 12 lutego 1902 roku diecezjalny biskup wileński Stefan Aleksander Zwierowicz jako pierwszy otwarcie wystąpił przeciwko rusyfikacji Polaków w rosyjskich szkołach początkowych oraz wydał okólnik zabraniający dzieciom wyznania rzymskokatolickiego uczęszczania do szkół cerkiewno- parafialnych. Po okólniku dzieci katolickie odeszły nie tylko ze szkół cerkiewnych ale również z ministerialnych.

Biskup wileński Stefan Aleksander Zwierowicz. Przed 1908 r.

Polityczna sytuacja w kraju zaczęła ulegać zmianie w wyniku częściowej liberalizacji polityki carskiej. Ukazy z 12 grudnia 1904 roku, 17 kwietnia 1905 roku, 1 maja 1905 roku oraz Manifest carski z 17 października 1905 roku zostały przyjęte przez społeczność polską jako zezwolenie na powrót języka polskiego do życia publicznego. 2 maja 1906 roku zwierzchnik Kraju Północno-Zachodniego pisał do gubernatora grodzieńskiego Władimira Kistera: „Imperator zezwolił (…) w guberni grodzieńskiej, w części przylegającej
do Królestwa Polskiego, gdzie są zwarte skupiska ludności polskiej, na wykładanie w jednoklasowych szkołach początkowych języka polskiego, nauczanie religii i arytmetyki po polsku”.

W tymże piśmie zaprosił on gubernatora grodzieńskiego, gubernialnych i powiatowych marszałków szlachty, urzędników Ministerstwa Oświecenia Ludowego na czele z kuratorem Wileńskiego Okręgu Szkolnego na posiedzenie międzyresortowej komisji pod jego przewodnictwem, zaplanowanej na 5 maja. Komisja powinna była określić warunki i wytyczyć granice etnograficzne rejonu, w którym obowiązywać będzie ten ważny akt prawny.

Z przytoczonego pisma widać, że carskie pozwolenie na wykładanie języka polskiego już w swym założeniu nosiło dyskryminacyjny charakter, ponieważ miało obowiązywać tylko w części guberni grodzieńskiej bezpośrednio przylegającej do Królestwa Polskiego.

Marszałek szlachty guberni wileńskiej Adam Alfred Gustaw hr. Plater. Malarz Mikołaj Dawidowicz

Na posiedzeniu komisji 5 maja 1906 roku generał-gubernator grodzieński publicznie wypowiedział się przeciwko językowi polskiemu w szkołach początkowych. Według niego, to rosyjska szkoła cały czas była zaniedbywana, więc wszystkie starania powinny być skierowane na jej ulepszenie i umocnienie, a nie na sztuczne wspieranie pragnień narodowych. W charakterze przykładu zdrowej polityki w tej sprawie podał polskie prowincje w Prusach, gdzie Niemcy na pierwszym miejscu stawiają swoją szkołę. „Szybciej można pogodzić się z istnieniem tajnych szkół niż z zachęcaniem do unarodowienia szkoły kosztem rosyjskiej sprawy w tym kraju” – oświadczył gubernator grodzieński.

W końcu posiedzenia skupiono się nad problemem wynikającym z zakazu zajmowania przez Polaków stanowisk nauczyciela ludowego. Gubernialny marszałek szlachty wieleńskiej hrabia Adam Alfred Gustaw Plater zaproponował wystąpienie do Ministerstwa Oświecenia Ludowego z wnioskiem o zdjęcie zakazu zajmowania stanowisk nauczyciela ludowego w Kraju Północno-Zachodnim dla osób pochodzenia polskiego. Protokół zebrania członków ekspedycji, powołanej do zbadania powiatu białostockiego, bielskiego i sokólskiego pod względem etnograficznym, sporządzony 28 czerwca 1906 roku wskazał, że w trakcie badań terenowych wszyscy chłopi wyznania katolickiego zarówno Polacy, jak i Białorusini żądali wprowadzenia języka polskiego do szkół początkowych. Dane te podał w wątpliwość marszałek szlachty powiatu grodzieńskiego Mikołaj Niewierowicz.

Zawzięty rusyfikator guberni grodzieńskiej gubernator grodzieński generał major Franz Albert Seyn

17 sierpnia 1906 roku odbyła się druga narada w sprawie ustanowienia w części guberni grodzieńskiej granic etnograficznych, w których do szkół początkowych miał być wprowadzony język polski, a religia i arytmetyka miały być wykładane po polsku. Biorąc pod uwagę dużą ilość podań z białoruskich miejscowości poruszonych wieścią o zezwoleniu na wprowadzenie języka polskiego do szkół początkowych i zdając sobie sprawę z trudności wyjaśnienia ludności wiejskiej, że nie jest ona polskiego pochodzenia, uczestnicy narady doszli do wniosku, że w celu zapobieżenia rozwojowi tajnych szkół w takich miejscowościach i popularyzacji szkół rządowych należy w pewnym stopniu przychylić się do próśb tej części ludności.

Nauczyciele w miejscowościach zwarcie zamieszkałych zarówno przez Polaków, jak i Białorusinów katolickiego wyznania mówiących po polsku powinni być utrzymywani nie ze środków skarbu państwa, lecz ze środków tych osób, które korzystają ze szkół z polskim językiem wykładowym. Zatrudnianie nauczycieli języka polskiego powinno odbywać się za zgodą władz oświatowych, a kandydaci powinni im podlegać i spełniać wymagania obowiązujące nauczycieli.

W powiecie sokólskim przy powtórnym wytyczaniu granic etnograficznych ustanowiono, że ludność polska występuje tam w niewielkich grupach, przeważnie w tak zwanych okolicach, posługuje się dialektem języka białoruskiego, więc powiat sokólski nie podlega włączeniu w skład obszaru, na który rozciąga się rozporządzenie imperatora. W ten sposób z trzech powiatów graniczących z Królestwem Polskim tylko w dwóch – białostockim i bielskim zezwolono na wykładanie języka polskiego w szkołach początkowych. Pozbawienie powiatu sokólskiego prawa do wykładania języka polskiego było decyzją polityczną, niemającą niczego wspólnego z ówczesną rzeczywistością. Statystyka dotycząca polskich tajnych szkół świadczyła, że w tymże powiecie w ostatniej ćwierci XIX i na początku XX wieku ludność polska była bardziej aktywna niż w innych powiatach. 17 grudnia 1905 roku nauczyciel szkoły ludowej w Bagnach w powiecie sokólskim napisał w raporcie: „W każdej (!) wsi powiatu sokólskiego otwarcie istnieje tajna polska szkoła przepełniona dziećmi”.

Na niedokładność grodzieńskich badań etnograficznych zwrócili uwagę kurator Wileńskiego Okręgu Szkolnego baron Boris von Wolf i pomocnik kuratora Aleksiej Bielecki na naradzie w dniu 29 listopada 1906 roku, której przewodził główny zwierzchnik kraju. Uczestniczył w niej nowo mianowany gubernator grodzieński generał major Franz Albert Seyn. „W guberni grodzieńskiej znajdują się punktowe oazy wyłącznie polskiej ludności, na którą, zgodnie z myślą ustawodawcy, należy rozciągnąć darowane przez imperatora łaski, jeżeli w tej sprawie zostanie wydane odpowiednie oświadczenie ze strony tej ludności” – powiedział baron von Wolf.

Sprzeciwił się temu gubernator grodzieński generał major Seyn, przekonując obecnych, że dokładne tłumaczenie rozporządzenia przy wysokiej świadomości inteligencji polskiej i wpływie duchowieństwa bezsprzecznie doprowadzi do polonizacji Białorusinów. Są już tego próby, ponieważ wpływają liczne podania o pozwolenie na otwarcie prywatnych szkół z polskim językiem wykładowym pod nadzorem duchowieństwa, natomiast ziemianie samorzutnie ślą podania o utworzenie towarzystw oświatowych krzewiących kulturę polską w środowisku białoruskim. Gubernator Seyn był zawziętym przeciwnikiem wykładania języka polskiego w szkołach, ponieważ uważał, że przekształci to rządową szkołę rosyjską w polską.

Oskarżony o opieszałe reagowanie na działalność polskich tajnych szkół pristaw 3. stanu powiatu grodzieńskiego w wyjaśnieniu skierowanym do kancelarii gubernatora grodzieńskiego pisał: „Otwarcie polskich szkół w 1906 roku przekształciło się w zjawisko powszechne. Takimi szkołami usiany jest cały nasz Kraj Północno-Zachodni, którego mieszkańcy na czele z księżmi polskimi uważają, że dzięki ukazowi carskiemu o tolerancji religijnej z 17 kwietnia 1905 roku i manifestowi o wolności z 17 października 1905 roku można otwierać bez zezwolenia wszelkiego rodzaju szkoły i uczyć w nich dzieci religii w języku polskim”.

Oprócz tego pristaw twierdził, że w guberni grodzieńskiej we wszystkich powiatach istniały tajne szkoły polskie, lecz nie zostały wykryte z wyjątkiem powierzonego mu stanu i powiatu bielskiego. Przeważająca część duchowieństwa katolickiego wytrwale szukała możliwości poszerzenia wpływów języka polskiego. 12 stycznia 1906 roku na zebraniu księży dekanatu grodzieńskiego postanowiono usystematyzować pracę oświatową i edukacyjną wśród ludności. Planowano otwarcie szkół katolickich we wsiach i zaopatrzenie ich w literaturę religijną oraz podręczniki w języku polskim.

7 czerwca 1906 roku grodzieński isprawnik powiatowy w raporcie dla gubernatora grodzieńskiego donosił, że ks. Dominik Jarosz z kościoła w Ejsymontach Wielkich otworzył polskie tajne szkoły w okolicy Kuliki, we wsiach Ostrów w gminie Gudziewicze i Strzelce w gminie Łunna oraz w miasteczku Łunna. Na rozkaz zwierzchnika Kraju Północno-Zachodniego miejscowa policja prowadziła specjalną obserwację ks. Jarosza.

Za otwarcie tajnej szkoły polskiej we wsi Przewłóka (uroczysko Smowże) w gminie Miżewicze w powiecie słonimskim gubernator wileński 30 marca 1906 roku polecił grodzieńskiemu gubernatorowi nałożenie kar administracyjnych na winowajców. Na księdza proboszcza Bronisława Sarosieka ze Słonimia za pomoc w otwarciu szkoły nałożono grzywnę w wysokości 150 rubli. Chłopa Jerzego Reszkę za nauczanie dzieci w języku polskim skazano na siedmiodniowy areszt policyjny. Rodziców za zorganizowanie i utrzymywanie szkoły bez zezwolenia władz skazano na karę grzywny w wysokości 1 rubla od osoby z ewentualną zamianą na 2 dni aresztu. Księdzu grzywnę później cofnięto. Szkołę wykryto na skutek donosu duchownego prawosławnego z cerkwi w tejże Przewłóce. W donosie napisano, że wszystkie podręczniki w języku polskim przysłano ze Słonimia, a szkoła młode rosyjskie pokolenie wychowuje w polskim duchu.

Tadeusz Gawin

Pierwsza część artykułu

Polska tajna działalność oświatowa w guberni grodzieńskiej (1864–1914)

Po upadku powstania styczniowego (1863-1864) nastąpiła gwałtowna rusyfikacja wszystkich szczebli kształcenia i całego życia publicznego. Ratunek przed całkowitym upadkiem kultury polskie społeczeństwo widziało w tajnej oświacie. Była ona rozwijana w całej guberni grodzieńskiej mimo donosów, prześladowań i surowych kar.

Kurs na zniszczenie polskości

Znany polski polityk Leon Wasilewski w artykule poświęconym sytuacji politycznej końca XIX wieku na obszarze Polski i Litwy zajętym przez Imperium Rosyjskie pisał: „Krwawe zdławienie powstania styczniowego tak straszliwie uderzyło w naród polski, że o wznowieniu walki zbrojnej nie mogło być mowy”. Polska rebelia, jak carskie władze nazywały powstanie styczniowe, stała się powodem do wypracowania nowej polityki całkowitego zniszczenia polskości w Kraju Północno-Zachodnim (sześć guberni na terenach b. WKL: wileńska, kowieńska, grodzieńska, mińska, mohylewska i witebska). Dyskryminacyjna polityka wobec Polaków została skonstruowana w taki sposób, by całkowicie wyeliminować ich obecność w życiu społeczno-politycznym, kulturalnym i gospodarczym.

Po klęsce powstania styczniowego nastąpiła rusyfikacja całego życia publicznego

Ukształtowana po upadku powstania styczniowego sytuacja prawna faworyzowała społeczność rosyjską na obszarach przewidzianych do całkowitej rusyfikacji. Liczne akty prawne dyskryminujące społeczność polską we wszystkich praktycznie dziedzinach życia gospodarczego, politycznego i kulturalnego miały doprowadzić do jej likwidacji. O skali ograniczeń w najważniejszej dla Polaków sprawie – używaniu języka polskiego – świadczy wydany przez generała-gubernatora Michaiła Murawjowa okólnik zabraniający od 1 stycznia 1864 roku posługiwania się językiem polskim w miejscach publicznych na terenie sześciu guberni białorusko-litewskich. Z powodu rosnącego przekonania o braku możliwości wywołania nowego powstania, społeczeństwo dojrzewało do rezygnacji z wszelkiej „polityki”. Wysunięte przez pozytywistów w latach 70. XIX wieku hasło pracy organicznej, całkowicie wykluczające walkę polityczną, bardzo szybko zostało zaakceptowane przez większą część społeczeństwa polskiego.

Mimo to rząd rosyjski kontynuował zaostrzoną politykę, zmierzającą do pozbawienia Polaków wszelkich marzeń o niepodległości i przymusowej ich rusyfikacji. Polaków eliminowano ze wszystkich instytucji zależnych w jakimś stopniu od rządu. Cenzura wyjałowiła prasę polską, reżim policyjny zdławił w zarodku wszystkie próby tworzenia instytucji kulturalnych, cały kraj został skazany na grabież i zbezczeszczenie przez rosyjską biurokrację (cytat za Leonem Wasilewskim). Na polityczne zmęczenie i apatię społeczności polskiej rząd odpowiadał stale rosnącym uciskiem narodowym na Polaków. Reżim carski w najsurowszy sposób, pod groźbą kar administracyjnych zakazał wszelkich form nauki języka polskiego, niebezpodstawnie uważając, że naród, który traci swój język, niechybnie utraci swoją kulturę, literaturę, historię, świadomość narodową i wolę walki o odrodzenie niepodległego państwa.

Zmiany w polityce oświatowej

Z ważniejszych zmian z zakresu polityki oświatowej państwa rosyjskiego na ziemiach okupowanych należy wymienić rozpoczętą już w 1864 roku rusyfikację Wileńskiego Okręgu Naukowego, którego kuratorem został wówczas Iwan Korniłow, bliski współpracownik Michaiła Murawjowa „Wieszatiela”. Ten zawzięty rusyfikator Kraju Północno-Zachodniego uważał, że najważniejsza rola w jej przeprowadzeniu przypada nie wojsku i administracji, lecz prawosławiu i szkole rosyjskiej i właśnie w tym kierunku podejmował odpowiednie kroki.

Michaił Murawjow „Wieszatiel” będący największym prześladowcą Polaków

Przedsiębiorca, ziemianin i publicysta Bolesław Jałowiecki tak scharakteryzował sytuację polityczną w kraju: „Poczynając od 1863 roku, cały kraj znalazł się poza prawem. Bezkarność administracji nie zna granic. Życie zamarło. Oświata się skończyła”. Władze, dążąc do przymusowej rusyfikacji kraju, podejmowały nie tylko kroki w kierunku likwidacji szkolnictwa polskiego, ale rozpoczęły również akcję zakładania szkółek ludowych (głównie na terenach obecnej zachodniej Białorusi) i cerkiewno-parafialnych (przede wszystkim we wschodniej części obecnej Białorusi) z rosyjskim językiem nauczania. Zapędy rusyfikacyjne umacniał ukaz cara Aleksandra III z 13 (25) czerwca 1884 roku, który podporządkowywał wspomniane szkółki Świątobliwemu Synodowi.

Działalność szkółek cerkiewno-parafialnych miała również negatywne strony dla interesówRosji. Na problem szerzenia prawosławia wśród katolików zwrócił uwagę generał-gubernator wileński Piotr Światopełk-Mirski. Pisał on, że działalność szkółek skłania katolików ku polskiej tajnej oświacie, szerzącej nie tylko wrogość do prawosławia, ale i do państwa rosyjskiego, ponieważ ich działalność „patriotyczno-państwowa” wywoływała zdecydowany opór katolików. Stąd też wśród niektórych Rosjan pojawiły się wątpliwości: czy lepiej rusyfikować Polaków od przymusem, czy też może w języku polskim uczyć ich przywiązania do Rosji.

Wszystkie warstwy społeczne przeciwstawiły się rusyfikacji polskich dzieci także w Brzostowicy Wielkiej

W przeciwieństwie do innych ograniczeń wobec Polaków, które powoli ulegały pewnej liberalizacji, przepisy prawa oświatowego z upływem czasu stawały się coraz bardziej restrykcyjne. Dowodem potwierdzającym ten kierunek polityki władz carskich był ukaz cara Aleksandra III z 1892 roku prowadzający kary za prowadzenie tajnej oświaty polskiej. Zwierzchnik Kraju Północno-Zachodniego lub gubernator grodzieński mógł winnych karać grzywną do 300 rubli lub aresztem policyjnym do trzech miesięcy. Przepisy te obowiązywały tylko na ziemiach litewskich, białoruskich i ukraińskich.

Tajne nauczanie

Odpowiedzialność karna nie powstrzymała polskich patriotów przed działalnością na rzecz popularyzacji języka polskiego wśród miejscowej ludności w guberni grodzieńskiej. Szczególnie ważnym zadaniem było nauczanie języka polskiego młodego pokolenia Polaków. W plejadzie polskich działaczy, sprzeciwiających się carskim ukazom ograniczającym prawa Polaków, wyróżniała się znana pisarka i patriotka z Grodna Eliza Orzeszkowa. W liście do redaktora „Gazety Polskiej” Józefa Sikorskiego pisała na początku 1869 roku: „W Milkowszczyźnie zorganizowałam rodzaj szkółki w jednym z pokojów (…) domu. Mam siedmiu uczniów i cztery uczennice – uczę ich czytać po polsku, rachunków i najprzystępniejszych ustępów Pisma Świętego. (…) O całym tym zaimprowizowanym pedagogicznym zakładzie utrzymujemy, o ile można, najściślejszą tajemnicę, bo w razie rozgłosu odpowiedzialność spadłaby na mnie wielka. Przed czterema laty cyrkularzem Murawjowa było nam wzbronione zakładanie wszelkich mniejszych czy większych szkółek ludowych, toteż sądzę, że moja krótko potrwa – niemniej jednak kilkoro dzieci nauczy się w niej czytać po polsku” (cytat za Wandą Renikową).

Język ojczysty i tradycje na naszych terenach zachowały się dzięki rodzinie. Tu: rodzina z Porozowa

Dziesięć lat później, w 1879 roku, grodzieński policmajster w liście do gubernatora grodzieńskiego tak oto scharakteryzował Elizę Orzeszkową: „Pod względem politycznym i stosunku do rządu – godna zaufania”, co świadczyło, że szkoła, którą zorganizowała i w której uczyła, była dobrze zakonspirowana. W wielu przypadkach, jak pisze Leszek Zasztowt, wcale nie patriotyzm był głównym powodem tworzenia polskich tajnych szkół, lecz życiowa konieczność: „Likwidacja szkół podległych Uniwersytetowi Wileńskiemu, a przede wszystkim sieci szkół parafialnych spowodowała, że w wielu miejscowościach o długiej tradycji edukacyjnej przez lata brak było jakichkolwiek szkół. Sami chłopi zdawali sobie sprawę z tego, że dzieci powinny się uczyć, aby przynajmniej umieć czytać i pisać. Nauczano w języku polskim, co było rzeczą oczywistą. Wielu miało jeszcze książki polskie z lat 1803–1832, a także niektóre wydane w latach pięćdziesiątych w Wilnie. Prawie wszyscy posiadali polskie książeczki do nabożeństwa, pełniące wówczas często rolę elementarza”.

Portret Elizy Orzeszkowej autorstwa Aleksandra Regulskiego. 1876 r.

W guberni grodzieńskiej rusyfikacji polskich dzieci przeciwstawiało się duchowieństwo, ziemianie, chłopi, mieszczanie i podoficerowie w stanie spoczynku, którzy otwierali polskie tajne szkoły. Urzędnicy gubernialni z kolei w ramach rusyfikacji Kraju Północno-Zachodniego starali się ujawniać i likwidować tajne szkoły. Na przykład w powiecie bielskim w latach 1873–1882 wykryto i zamknięto 42 tajne polskie szkoły, w których czytania, pisania i religii uczono dzieci w języku polskim. Polskie tajne szkoły działały stale i nieprzerwanie. Ujawnione szkoły władze zamykały, a w tymże czasie w innych miejscowościach zakładano nowe placówki.

Grodzieński zarząd żandarmerii 5 lutego 1883 roku wykrył jedną polską tajną szkołę w Grodnie, natomiast w powiecie grodzieńskim – 6, w białostockim – 38, w bielskim – 8, w brzeskim – 2, w prużańskim – 1, w słonimskim – 3 i w wołkowyskim – 5 szkół. Zaniepokojony takim stanem rzeczy gubernator grodzieński 11 stycznia 1883 roku wydał instrukcję dla gubernialnych isprawników i policmajstrów, w której zalecał „niezwłoczne podjęcie wszelkich kroków w celu skrupulatnej obserwacji niepożądanego tajnego nauczania dzieci w miastach i wsiach powierzonej mi guberni”.

Polskie tajne szkoły miały wrogów: polowali na nie nie tylko urzędnicy guberni grodzieńskiej. Bardzo często do ich wykrycia rzyczyniały się donosy chłopów. Wieśniak z Indury (nazwisko nieczytelne – T. G.) 1 stycznia 1884 roku donosił gubernatorowi grodzieńskiemu na sołtysa Cyryla Miszynkiewicza i miejscowego policyjnego uriadnika Józefa Trusa, że obaj sprzyjają tajnemu nauczaniu dzieci czytania i pisania po polsku.

Domek Orzseszkowej w Grodnie

Dosyć często polskie tajne szkoły zamykano na podstawie donosów urzędników cerkiewnych i duchownych prawosławnych. W Brzostowicy Wielkiej po donosie urzędnika, konsystorza duchownego, z 17 marca 1884 roku wykryto tajną szkołę w miasteczku, gdzie podoficer w stanie spoczynku Bolesław Płocki uczył pięciu chłopców i cztery dziewczynki po polsku. Polska tajna szkoła we wsi Strzelce w gminie Łunna w powiecie grodzieńskim działała od 1893 roku do 25 stycznia 1899 roku. Szkołę zamknięto po donosie duchownego prawosławnego Jana Chomiczewskiego. W 1884 roku w guberni grodzieńskiej wykryto i zlikwidowano 27 szkół. Władze Kraju Północno-Zachodniego szczególnie niepokoiło nauczanie czytania i pisania po polsku w tajnych szkołach dzieci urzędników państwowych. Zwierzchnik Kraju Północno-Zachodniego 31 marca 1884 roku pisał do gubernatora grodzieńskiego: „Zwracam uwagę na fakt, że podczas otwierania tajnych szkół często okazuje się, że między uczniami w takich szkołach są dzieci urzędników państwowych, a nawet funkcjonariuszy policji, których bezpośrednim obowiązkiem jest wykrywanie i zamykanie takich szkół”.

Mimo stałego prześladowania Polaków sprzeciwiających się przymusowej rusyfikacji przez urzędników państwowych i funkcjonariuszy zarządu żandarmerii polskie tajne szkoły nadal działały. W miejsce zlikwidowanych otwierano nowe. 28 stycznia 1885 roku wołkowyski isprawnik powiatowy pisał do gubernatora grodzieńskiego: „Chłop ze wsi Dubno w powiecie grodzieńskim Fiodor Gulicz we chłopskie dzieci czytania i pisania po polsku”. Od 16 do 31 grudnia 1885 roku istniała tajna szkoła polska we wsi Solniki w gminie Zabłudów, w której uczyło się trzech chłopców. Szkołę wykrył uriadnik policyjny Jasiński.

marca 1886 roku we wsi Czerwonka w gminie Romanówka wykryto tajną szkołę, w której chłop Jan Szubzda uczył czytać i pisać po polsku i rosyjsku dzieci miejscowych chłopów – 12 chłopców i 4 dziewczynki. 22 lutego 1886 roku wykryto polską tajną szkołę w Brześciu, a 9 czerwca 1886 roku – w Białymstoku i w Wołkowysku. 10 czerwca 1889 roku naczelnik zarządu żandarmerii w Grodnie informował gubernatora grodzieńskiego o założonej przez księży Tanajewskiego i Szumowskiego polskiej tajnej szkoły w Choroszczy w powiecie białostockim, w której dzieci w języku polskim uczą się religii. Na trzygodzinne zajęcia przychodziło od 30 do 50 uczniów. W szkole parafialnej w Surażu za nauczanie po polsku ksiądz Hryniewicki został ukarany grzywną.

W Wołkowysku , jak i na terenie całej guberni grodzieńskiej, organizowano tajne nauczanie. Fot. tutejszy.ru

17 lutego 1890 roku w Wyłudach w gminie Trofimówka w powiecie sokólskim wykryto polską tajną szkołę, w której uczyło się 14 dzieci obu płci. Nauczycielem w tej szkole był podoficer w stanie spoczynku Paweł Krutul, który będąc na służbie przyjął prawosławie, lecz z przekonania, jak odnotowano, pozostał żarliwym katolikiem. Wcześniej, 8 lutego 1890 roku, w powiecie sokólskim wykryto jeszcze cztery polskie tajne szkoły. 22 lutego tegoż roku w Bieniowcach w gminie Grzebienie w powiecie sokólskim wykryto polską tajną szkołę, w której uczył chłop wyznania katolickiego Raducha. 7 października 1890 roku na skutek donosu mieszkańca okolicy Kozłowicze w gminie Wiercieliszki w powiecie grodzieńskim wykryto polską tajną szkołę, którą zorganizował dla swoich dzieci Józef Ejsymont.

Naczelnik gubernialnego zarządu żandarmerii w Grodnie 11 marca 1891 roku donosił gubernatorowi grodzieńskiemu, że chłop Lenc w Hryckiewiczach w gminie Samarowicze w powiecie wołkowyskim uczy czytać i pisać po polsku dwunastu wiejskich chłopców. W domu chłopa Jana Kukotki mieszkająca w miasteczku Mścibów w powiecie wołkowyskim chłopka z gminy Dereczyn w powiecie słonimskim Józefa Markiewicz uczy dziewczęta czytać i pisać po polsku. 30 grudnia 1891 roku w Jasienówce w powiecie bielskim w domu szlachcica Aleksandra Tołwińskiego wykryto polską szkołę tajną, w której dzieci czytać i pisać po polsku uczył prawosławny mieszczanin Michał Sawicki. Szkołę zdemaskowano w wyniku donosu duchownego prawosławnego Jana Smirnowa.

Porozowie w powiecie wołkowyskim od grudnia 1892 roku do kwietnia 1893 roku dzieci uczyła po polsku Anna Szopik. Nauczycielkę skazano na trzy dni aresztu policyjnego, natomiast na rodziców nałożono grzywnę od 10 do 25 rubli. 5 lutego 1893 roku w Dziewiatówce w gminie Wiercieliszki w domu chłopa Bartłomieja Sawki wykryto tajną szkołę, w której szlachcic Jerzy Macijewski uczył miejscowe dzieci (10 chłopców i 3 dziewczynki) modlitw wyłącznie po polsku.

Tadeusz Gawin

Ciąg dalszy artykułu

Przypadki wojenne Ryszarda Jeleckiego cz. 2

Bohater tej opowieści urodził się w Grodnie 5 marca 1923 r. w rodzinie Mikołaja i Bronisławy z Baranowskich. Ojciec był uczestnikiem wojny 1919-1920, następnie podoficerem zawodowym w grodzieńskim 76. Lidzkim Pułku Piechoty im. Ludwika Narbutta. Ryszard uczył się w Państwowym Gimnazjum Męskim im. A. Mickiewicza, wstąpił do harcerstwa, należał do drużyny piłkarskiej.

Bronisława i Mikołaj Jeleccy, rodzice Ryszarda. Fot. z albumu rodzinnego Reginy Kapicy

Szesnastoletni druh wziął udział w obronie Grodna w dniach 20-21 września 1939 r. Aresztowany przez Sowietów uniknął śmierci dzięki staraniom matki. Zachowało się podanie – może to jedyny taki dokument? – do Rewolucyjnego Komitetu miasta Grodna z prośbą o zwolnienie syna, o którym matka napisała, że był on tylko sanitariuszem, a nieznana nam pielęgniarka to potwierdziła. R. Jelecki został wywieziony do obozu NKWD w Ostaszkowie. I tym jednak razem dopisało mu szczęście, bo po śledztwie został zwolniony i z przygodami powrócił na początku grudnia do domu. Wkrótce z obozu internowania na Litwie uciekł ojciec Mikołaj i rodzina Jeleckich spędziła razem święta Bożego Narodzenia oraz powitała 1940 rok.

„Turyści” Sikorskiego

Tak nazywano ochotników zmierzających z ziem II RP, okupowanych przez Niemców i Sowietów, do odtwarzanego we Francji Wojska Polskiego. Próbę taką podjęli również Mikołaj i Ryszard Jeleccy z kolegą Stanisławem Ferensem. Nie znamy szczegółów, są poszlaki, że syn został aresztowany przez milicjantów w pobliżu granicy z Węgrami już 2 lutego 1940 r., a ojciec później, bo w połowie tegoż miesiąca. Zabrakło szczęścia? Przedsięwzięcie było za słabo przygotowane?

Ryszard Jelecki. Fot. z albumu rodzinnego Reginy Kapicy

Ryszarda milicjanci przekazali NKWD. Przewieziono go do więzienia w Stanisławowie i umieszczono w celi zbiorowej (więzienia były przepełnione), pobrano odciski palców, rozpoczęto śledztwo. Obowiązywał zakaz wysyłania korespondencji. Młody więzień chyba nie był torturowany, bo nie wspominał o biciu w późniejszych relacjach. A w zeznaniach musiał być przekonywujący i konsekwentny – nie zaliczono go do dążących do obalenia ustroju. W drugi dzień Wielkanocy – 25 marca 1940 r. – dołączono Ryszarda do transportu i powieziono do więzienia w Nieżynie na północnej Ukrainie. Tu nie prowadzono przesłuchań, zatrzymani czekali na wyrok z Moskwy. Odczytano go więźniowi w maju – 5 lat łagrów. Za dużo, by mówić o łagodnym wymiarze, ale nie był to wyrok odbierający nadzieję. W dodatku oznajmiono, że młodociany „wróg ludu” będzie na razie przebywał w domu poprawczym. Wraz z kilkoma niepełnoletnimi przewieziono go w wagonie więziennym (stołypince?) do Kijowa, a ze stacji samochodem do isprawitielno-trudowoj kołonii (obozu poprawczo-roboczego nr 1 przy ul. Krasnoarmiejskiej 1). Ojciec Mikołaj był więziony aż w Odessie i już w kwietniu 1940 r. został wywieziony do łagru w m. Uchta na Kołymie. To był właściwie wyrok śmierci z prolongatą na nie wiadomo jak długo.

Listy

Zachował się list od Ryśka z Kijowa, wysłany 17 grudnia 1940 r., adresowany do drogiej Mamy i siostry Ireny. Syn żalił się, że nie otrzymuje listów z domu, choć wcześniej dostał nawet paczkę. Zagadkowe, że dwukrotnie Ryszard powtórzył kategoryczną prośbę do Ireny, by nie pisała do Staśka, pewnie przebywającego w tej samej kołonii i podpadniętego (za co?). Przyznał się, że chorował na malarię i przestał chodzić do szkoły, bo ma taką pracę. Zaczęli przygotowania do świąt, odnowili pokój, przygotowują gazetkę i zrobili portrety (Dziadka Mroza?). Padło i pytanie o wygląd Grodna, piszący natomiast, wiedząc o obozowej cenzurze, nie wspomniał w ogóle ojca. „Bądźcie zdrowi, całuję Was mocno. Rysiek” – napisał na zakończenie. W post scriptum znalazły się pozdrowienia dla licznych koleżanek i kolegów.

List Ryszarda do matki i siostry, nadesłany z Kijowa w 1940 r. Z archiwum rodzinnego Reginy Kapicy

Zachował się też list ojca Mikołaja z 8 kwietnia 1941 r., a więc już po roku zesłania i po przebytej zimie syberyjskiej. Wąski paseczek bibułki zapisanej dwustronnie, starannie, wyraźnymi bukwami, choć po 80 latach nie wszystko można odczytać. Łagiernik dobrze rozumiał, że sytuacja jego najbliższych, pozostających w Grodnie, jest bardzo trudna. Martwiło go, że nie mógł pomóc rodzinie. Przebywał w szpitalu obozowym jako chory na serce, ale uspokajał, że już czuje się dobrze. Prosił o częste pisanie z domu, bo to krzepi, pomaga żyć. Pytał, czy dziadek wciąż choruje? Czy Irenka już jest duża? Nie chciał, by się o niego martwiono.

Uratowani

Zapisy ewidencyjne (wojskowe) potwierdzają, że Mikołaj i Ryszard Jeleccy dotrwali do tzw. amnestii, którą władze sowieckie objęły obywateli polskich po podpisaniu 30 lipca 1941 roku układu Sikorski-Majski. Mikołaj został zwolniony z łagru 20 października 1941 r. i szybko, bo już 16 listopada, dotarł do m. Tockoje, gdzie formowano między innymi 19. Pułk Piechoty Armii Polskiej w ZSRR. Czterdziestoletni podoficer zmienił jeszcze kilkakrotnie swą przynależność służbową, z 15. Pułkiem Ułanów Litewskich odbył kampanię włoską. Awansował do stopnia starszego wachmistrza, otrzymał Brązowy Krzyż Zasługi z Mieczami i Krzyż Monte Cassino oraz liczne odznaczenia brytyjskie. Był na froncie, ale bliżej dowództwa niż nieprzyjaciela.

Polscy żołnierze transportujący amunicję na linię frontu tuż przed zdobyciem klasztoru na Monte Cassino

Trudniejszą drogę do 2 Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa miał Ryszard Jelecki. W czerwcu 1941 r., prawdopodobnie tuż po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, został przesłany z Kijowa do łagru w rejonie Kirowa, a potem jeszcze zaliczył łagry: Słobodskoje, Pierwomajsk, Oktiabrskij. Jak to możliwe, że mimo ogłoszenia wspomnianej amnestii obrońca Grodna aż do 4 marca 1942 r. był łagiernikiem? Nie tylko zresztą on. Komendanci łagrów starali się jak najdłużej przetrzymać zwłaszcza młodszych zdrowych Polaków, by obóz mógł wyrobić narzucone mu plany produkcyjne pozyskania drewna z tajgi, wydobycia rudy i węgla. Niektórzy długo więzieni decydowali się na ucieczki, odmawiali wychodzenia do pracy. Ryszard w tym czasie przeszedł kilka plag syberyjskich, w tym krwawą dyzenterię i czerwonkę. Z 60 współwięźniów zimą z 1941 na 1942 r. zmarło dwudziestu – co trzeci. A przecież oficjalnie byli już wolni, mogli założyć mundury żołnierskie. Prześmiewczo brzmi dopisek, że zwalniając Ryszarda z łagru oddano mu z depozytu zegarek i złoty pierścionek, który pewnie dostał od matki na drogę „do Sikorskiego”. Nie oddano straconych miesięcy i zdrowia.

Kawaler Orderu Virtuti Militari

Darujmy sobie dokładny opis szlaku bojowego Ryszarda Jeleckiego. Do Wojska Polskiego wstąpił 16 listopada 1942 r., zbliżał się do 20. roku życia. Wzięto go do artylerii, ukończył kurs kierowców i łączności, a zimą z 1942 na 1943 r. w Palestynie dopełnił edukację zaczętą w Grodnie i ze świadectwem małej matury gimnazjalnej mógł zostać podchorążym. Nawiasem mówiąc to była wyjątkowa zima dla Ryśka, jakby w nagrodę za więzienia i łagry. Miło bowiem płynął czas junakom i kadetom w towarzystwie młodszych ochotniczek: obili wycieczki, uczyli się i marzyli. Decyzją gen. Andersa na Bliskim Wschodzie utworzono sieć różnorodnych szkół z myślą o kształceniu młodej kadry wojskowej, ale i fachowców do odbudowy kraju ze zniszczeń.

Odznaczenia bojowe Ryszarda Jeleckiego

R. Jelecki w 1959 r. opisał walki o zdobycie wzgórza Monte Cassino, przełamanie niemieckich pozycji blokujących drogę do Rzymu. Pułk Artylerii Ciężkiej miał wspierać szturmującą piechotę. Ryszard, choć tylko w stopniu kanoniera, jednak wykonywał odpowiedzialne zadania radiooperatora w plutonie łączności. Łączność zaś odgrywała ważną rolę, a sama była celem dla artylerii wroga i dywersantów. Żeby prowadzić celny ogień na zakryte stanowiska niemieckie, należało pod kulami i odłamkami pocisków ustawicznie usuwać uszkodzenia sieci. Walki nie skończyły się na zajęciu 18 maja wzgórza klasztornego, oddziały polskie kontynuowały między innymi natarcie na Piedimonte.

„W godzinach rannych dnia 22 maja, niedługo przed wyznaczonym terminem kolejnego natarcia, na teren wzgórza spadło w krótkich odstępach czasu kilka silnych nawał ogniowych. Jedna z nich zaskoczyła mnie na stromym, skalistym zboczu wzgórza przy przeprowadzaniu kontroli uszkodzonego podczas poprzedniego ostrzału połączenia kablowego. (…) Silny podmuch bliskiego wybuchu spowodował krótką utratę przytomności i równowagi, w wyniku czego poleciałem po skalistym zboczu kilka metrów w dół. Rany zadane odłamkami (prawa strona głowy i lewe podudzie) okazały się niegroźne, natomiast kontuzja spowodowana upadkiem (rana cięta głowy, uraz prawego biodra i kręgosłupa, ogólne stłuczenie i zadrapanie) była bardzo bolesna. Po opatrzeniu ran i zaaplikowaniu zastrzyków uśmierzających ból zostałem zniesiony do jaru. Mimo odczuwania ciągłego bólu, przechodzącego w ostry przy każdej próbie zmiany pozycji lub podniesieniu się – odmówiłem ewakuacji. Urazy traktowałem jako wynik silnego stłuczenia się – władzę w nogach i rękach posiadałem. Tocząca się walka i świadomość, że ból minie, że jestem potrzebny i nawet w takim stanie mogę się przydać przy radiostacji zdecydowały, że pozostałem na stanowisku”. Za ten czyn 21-letni grodnianin dołączył do elitarnego, zasłużonego grona kawalerów Krzyża Orderu Virtuti Militari. W lutym 1945 r. ukończył z trzecią lokatą na 114 elewów – był bardzo dobry! – szkołę podchorążych rezerwy artylerii.

Gdzie wrócić?

Mikołaj i Ryszard Jeleccy wraz z zakończeniem wojny musieli podjąć chyba najtrudniejszą decyzję życiową: wrócić do Grodna, czy zostać na emigracji i czekać na wojnę z Rosją, w co wierzył gen. Władysław Anders. Obaj odczuwali skutki więzień i łagrów, dobrze wiedzieli, na co stać „ruską władzę”. Ale też obaj tęsknili do najbliższych. Tymczasem jednak Bronisława Jelecka przyjechała z córką Ireną do Białegostoku, gdzie mieszkali jej rodzice Baranowscy. Tu znaleźli bezpieczną przystań.

Rynek Kościuszki w Białymstoku. Lata 60. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

Kapral pchor. Ryszard w listopadzie 1945 r. rozpoczął kurs maturalny, a w lipcu następnego roku zawarł w Mediolanie ślub z Włoszką Haliną Gabriellą Fadanelli. Nie w pełni Włoszką, bo pochodziła z mieszanej rodziny, a młode lata spędziła w Leningradzie. Sytuacja jeszcze bardziej się więc skomplikowała, Jeleccy postanowili poczekać, przemieścili się do Anglii, gdzie z myślą o rozbitkach powstał Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia. Ryszard uzyskał dużą maturę, urodziła się mu córka Regina.

Pierwszy przypłynął do Gdyni Mikołaj i dołączył do rodziny urządzonej w Białymstoku. Ryszard miał trudniejszy wybór, dopiero w listopadzie 1948 r. pojawił się z żoną i córką w Białymstoku. Tu urodziła się ich druga córka Gabriela, która mieszka we Włoszech. Ryszard podjął pracę, był aktywny w ruchu kombatanckim. To już jednak inna opowieść. Grodno było blisko, lecz i daleko.

Grób Ryszarda Jeleckiego i jego żony na cmentarzu w Białymstoku, fot. Adam Czesław Dobroński

Ps. Współautor artykułu Robert Wróblewski, skoligacony z Jeleckimi, posiada bogatą dokumentację przechowaną przez Reginę Kapicę (Jelecką), córkę Ryszarda. Z tej kolekcji pochodzą też zdjęcia.

Pierwsza część historii Ryszarda Jeleckiego

Adam Czesław Dobroński
Robert Wróblewski

Balewicze światem najbliższym sercu

Rozmowa z profesorem Piotrem Jaroszyńskim z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego o jego ojcu, który urodził się i dzieciństwo spędził na Nowogródczyźnie. Do tej krainy tęsknił przez całe życie i przyjeżdżał, gdy już można było.

Czym dla Pana ojca – Czesława Jaroszyńskiego – była jego mała ojczyzna na Nowogródczyźnie w Balewiczach?

– Była to idylla, która do końca życia pozostawała światem najbliższym sercu, wyobraźni, marzeniom, tęsknocie i myślom. Dla małego, wrażliwego i inteligentnego chłopaka świat Balewicz posiadał wszystko, co na takim etapie życia jest konieczne, by móc powiedzieć: to mój świat, w tym świecie jest rozgwieżdżone niebo, szumiąca puszcza, pachnące łąki, dojrzewające zboża i krynica o wodzie czystej jak kryształ. Ale są też ludzie, rodzina, krewni, sąsiedzi – ciepli, życzliwi, serdeczni, rozśpiewani, cudowni, bo na widok sąsiada promienieli i zapraszali do siebie, choć na chwilkę.

Czy dom na Suwalszczyźnie był nawiązaniem do tamtego rodowego gniazda, z którego Sowieci wypędzili rodzinę Jaroszyńskich 10 lutego 1940 roku?

– W pewnym sensie tak, bo Suwalszczyznę wybrał mój Ojciec właśnie dlatego, że bardzo przypominała Nowogródczyznę, były więc i pagórki, i gaje, i łąki, a także ruczaje, rzeczki i rzeki (zwłaszcza Rospuda) i jeziora (Sumowo). Byli też ludzie bardzo serdeczni, których losy nie były łatwe, niektórych wywożono „na roboty” do Niemiec, innych do Lwowa, a jeszcze inni przeszli szlak bojowy z Andersem.

Czesław Jaroszyński jako harcerz. Fot. z albumu rodzinnego Piotra Jaroszyńskiego

Ale nade wszystko, mimo komuny, udało im się ocalić własną ziemię, własne gospodarstwo, natomiast moja rodzina już takich szans nie miała, ziemię zabrał kołchoz, gospodarstwo rozebrano, lasy wykarczowano, granicę przesunięto – została tylko krynica z naszego lasu. I jest do dziś. Ilekroć tam z Ojcem jechałem, to obowiązkowo najpierw trzeba było zajrzeć do lasu, znaleźć ukrytą tam „jamę”, przyjrzeć się w wodzie i obmyć twarz, a także napełnić butelkę na później, bo ta woda miała leczyć oczy.

Pobyt na „nieludzkiej” ziemi był bardzo trudnym doświadczeniem dla rodziny Jaroszyńskich…

– Dla moich dziadków z czwórką dzieci (w chwili wywózki najstarsze miało 12 lat, a najmłodsze 5) było to wyzwanie, z jakim po raz pierwszy się zetknęli. Do tej pory od pokoleń (udało mi się prześledzić pokolenia sięgające połowy XVII wieku) żyli rytmem drobnej polskiej szlachty, która pielęgnowała swoją tożsamość narodową (jako Polacy) i religijną (jako parafianie kościoła w Derewnie). Taki rytm życia było to coś oczywistego, normalnego. A tu nagłe starcie z przemocą, jakby odezwał się odwieczny wróg, który przeczył wszystkiemu, co dla tamtejszych Polaków stanowiło od wieków największą wartość: wiara, ziemia, język, rodzina, naród, kultura. Pewnego dnia załadowano ich na sanie i wywieziono na zawsze, tak, by do swojego świata już nigdy nie wrócili, by ten świat w ogóle przestał istnieć. To było doświadczenie w wymiarze nie tylko ludzkim, ale i egzystencjalnym, bo każdego dnia, każdej minuty liczyć się musieli z groźbą utraty życia.

Kościół parafialny rodziny Jaroszyńskich w Derewnie

Trasa zesłania była następująca: wywieziono ich z Balewicz, osady, którą zamieszkiwały rodziny ochotników biorący udział w oswobodzeniu Wilna (1920). Z Balewicz przetransportowano ich na saniach na stację kolejową koło Stołpiec. Stamtąd ruszyli w kierunku Mińska, a potem za Moskwę do Posiołku 144. Tutaj drogi rodziny, krewnych i sąsiadów się rozeszły, moi dziadkowie z dziećmi zostali, tyle że w Posiołku 121. Potem znaleźli się w Wołogdzie, a następnie w Wiatce (przemienionej na Kirów), znanym historycznym miejscu zesłań Polaków. Koło Kirowa był kołchoz w Muraszach, a dalej w Mamoszycach i Daniłowce. W Kirowie zabrali im dokumenty polskie i oznajmili, że od teraz są obywatelami ZSRR. Nie byli więźniami, ale kołchoźnikami. W 1946 roku nastąpił wyjazd do Polski, tam gdzie znalazła się w nowych granicach (Dolny Śląsk), natomiast Balewicze zostały po stronie Białoruskiej Republiki Sowieckiej, gospodarstwa zostały rozebrane, powstało jednolite pole kołchozowe. I tak tamta historia, jakże bliska sercu mojego Ojca, się skończyła. Ale pozostała miłość do tamtych stron i odziedziczone po przodkach ideały.

Słowo było zawsze ważne w życiu i profesji Czesława Jaroszyńskiego? Wspomnienia o zesłaniu są napisane piękną polszczyzną. Czytając je, od pierwszych zdań ma się wrażenie, że pisze poeta.

To prawda. Ojciec pisywał wiersze, które płynęły z nadmiaru wrażliwości. Mnie, odkąd zapoznawałem się z historią rodzinną, zdumiewało to, jak Ojciec, który przecież od 10. do 15. roku życia przebywał wśród sowieckich kołchoźników, którzy wiadomo, jakim językiem się posługują, zachował czystą polszczyznę i był na nią szczególnie uwrażliwiony.

Czesław Jaroszyński w roli harnasia Bardosa w filmie „Janosik”

Do końca życia nie znosił, gdy ktoś mówił byle jak po polsku, choćby piastował najwyższe stanowisko. Doszedł natomiast do perfekcji w wymowie scenicznej, choć to dzięki znakomitym nauczycielom i profesorom (ks. Czesław Tuzinkiewicz, prof. Henryk Modrzewski). To oni uczyli Ojca zażyłości z największymi mistrzami języka ojczystego jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński i tylu innych. Niestety, dziś taką zażyłość wśród ludzi słowa rzadko się spotyka.

Wspólnie z ojcem napisał Pan podręcznik „Podstawy retoryki klasycznej”, który wydano w 1998 r. Uczyło się z niego wielu studentów.

– Podręcznik był wznawiany i poszerzany. Obecnie nosi tytuł Kultura słowa. Podstawy retoryki klasycznej (Wydawnictwo Nasza Przyszłość, Szczecinek). Zawiera dodatkowo płytę CD z nagranymi przez mojego Ojca ćwiczeniami i wzorami, bo języka uczymy się ze słyszenia, tekst i opis to za mało. Jak do tej pory jest to jedyny podręcznik oparty na retoryce klasycznej (greckiej i rzymskiej), która była źródłem retoryki i literatury polskiej najwyższych lotów. Z powodzeniem można podręcznik ten wykorzystywać zarówno na

poziomie studiów wyższych, jak i szkoły średniej, w Polsce i za granicą.

W życiu Czesław Jaroszyński był człowiekiem z twardymi zasadami. Z taką postawą niełatwo było mu żyć we współczesnym świecie?

– To nawet nie chodziło o zasady, co jest już poziomem inteligenckim, ale o to, że, jak zauważyłem, ludzie z tamtych stron byli wyjątkowo wyczuleni na własną niezależność. W jakiejś mierze byli nawet uparci, bo gdy z czymś się nie zgadzali, to tego nie robili, niezależnie od kosztów, jakie musieli ponieść, również w pracy zawodowej. Wielu aktorów robiło kariery dzięki zapisaniu się do partii, a mojemu Ojcu nawet przez myśl by to nie przeszło, choć nie żywił jakiejś nienawiści do Rosjan, starał się być ponad – a to jest druga cecha tych mocnych ludzi z Kresów: być ponad.

Piotr Jaroszyński przy krynicy w małej ojczyźnie swojego ojca. Wł. Piotra Jaroszyńskiego

Trzecia cecha to porywczość, ale nie grubiańska, po prostu grały emocje, kresowi ludzie byli bardzo wrażliwi, ale w pewnych granicach. Do dziś pamiętam, jak nasza Babcia, gdy coś ją zdenerwowało, to mówiła „ot kali” i machała ręką. Długo nie wiedziałem, co to znaczy to „kali”, aż przebywając któryś raz w naszych stronach słyszałem miejscowych, którzy tak mówili, ale jak miło, z jakim wdziękiem. I tak można całą książkę napisać o tych ludziach, których już nie ma, a tworzyli przez wieki polskość.

Jaki wpływ miał ojciec na Pana?

– Odpowiedź na takie pytanie jest trudna, bo rodzice do końca życia są naszą wręcz częścią, nie da się ich ani zobiektywizować, ani opisać, bo to wszystko będzie i za mało, i za blisko. Ojciec uczył mnie miłości do przyrody (wspólne wyprawy wędkarskie), uczył mnie pisania i recytowania (przy okazji odrabiania lekcji), kładł nacisk na to, że człowiek musi się rozwijać, nie może tak zastygnąć w życiu bez dalszych celów i ideałów, szalenie lubił gości (każdy gość to kolejny promień słońca), namiętnie czytał książki, przepadał za gawędami, przerastał Mickiewiczem, którego znał na pamięć. Do końca życia chciał, bym ja recytował, a On jeszcze coś odnajdywał do poprawki, bo miało być doskonale, każdy szczegół, każda fraza, pauza, linia intonacyjna… współcześni aktorzy pojęcia o tym nie mają. Na szczęście znalazłem nagraną przez Ojca przed dwudziestu laty Pierwszą Księgę Pana Tadeusza, i ciągle się wsłuchuję, bo jest to cud. Nie wyobrażam sobie, jak można być Polakiem nie mając w sobie Pana Tadeusza, każdej sceny i każdej postaci. Ale ktoś musi tego nauczyć, ja miałem Ojca.

Rozmawiała Eliza Aruszkiewicz

Posiołek 144

Któregoś dnia pociąg się zatrzymał. Lokomotywa, nagle przyśpieszając sapanie, jakby z radości, że pozbyła się ciężaru, odjechała i już nie wróciła. Po chwili usłyszeliśmy zgrzytanie rozsuwanych drzwi i znowu to: wychodi, wychodi.

Opuszczaliśmy wagon, prycze, na których każdy z nas miał już „swoje miejsce”, w ciszy, bez pytań i bez żadnych skarg.


Jedni z tobołkami, inni z dziećmi na rękach schodzili z niewielkiego nasypu do stojących nieopodal zaprzęgów, które być może czekały od samego rana. Śnieg bowiem wokół sań był wydeptany, konie wyprzężone, kępki siana rozrzucone, a końskie kupki parujące jeszcze.


Było późne popołudnie. Śnieg, czy to z powodu zbliżającego się zmierzchu, czy też z powodu lekkiej odwilży, nie raził oczu. Z jednej strony horyzont zasłaniały stojące na nasypie, opuszczone przez nas ciemne wagony, a z drugiej – mroczny i milczący las. Żadnych zabudowań nie było widać. A gdy wszyscy wgramoliliśmy się na sanie wyścielone sianem, dały się słyszeć pokrzykiwania: dawaj, dawaj, i cała kawalkada ruszyła w kierunku lasu.

Skurczeni i omotani kocami, raz budząc się, to znowu zasypiając, jechaliśmy noc całą. Przypominam sobie, że ogrzewaliśmy się w jakimś domu, gdzie nikłe światło mrugającej lampy naftowej, bez klosza, zawieszonej na belkowanej ścianie, ledwo rozpraszało ciemności. A potem znowu w drodze, na saniach, półśnie, w ciszy. Tylko od czasu do czasu oderwane od kopyt końskich grudki śniegu uderzały o sanie. Wówczas otwierałem oczy i patrzyłem na przesuwające się obok ciemne drzewa. I znowu zasypiałem.


Obudziłem się na dobre dopiero wtedy, gdy staliśmy już przed ciemnym barakiem i trzeba było wysiadać. Wprowadzono nas do niewielkiego, mrocznego pomieszczenia, gdzie nie rozbierając się, rozlokowaliśmy się na podłodze. Nikt nie rozmawiał, nikt nie płakał, czasem tylko jakieś kroki na korytarzu, jakieś stuknięcia i znowu cisza.


I właśnie w tym baraku, nad ranem, w półmroku, gdy siedziałem w kącie na sienniku, owładnęło mną jedno, jedyne pragnienie, które aż skręcało w środku: jeść! Wszystko jedno co, cokolwiek, byle jeść i tylko jeść. Niestety nie mieliśmy nawet najmniejszej kromki chleba. Wówczas to państwo Ignatowiczowie, być może nie myśląc nawet o dniu jutrzejszym, podzielili się z nami tym wszystkim, co jeszcze im pozostało.


Widzę wyraźnie. Oto siedzimy razem: i Wacek, i zawsze cicha i łagodna Lodzia, i mały Romek, i nas czworo – siedzimy w milczeniu, w nieznanym, tajemniczym miejscu, siedzimy na podłodze – i zajadamy jak gdyby nigdy nic.


Wszystkie następne dni były szare, jednostajne, do siebie podobne. Rodzice wychodzili o zmroku do pracy w lesie, a my albo łaziliśmy po posiołku, albo siedzieliśmy w baraku. Pewnego razu wybrałem się trochę dalej. Szedłem drogą, która prowadziła w głąb tajemniczego lasu. Było tam śmiertelnie cicho i pusto. Drzewa stały nieruchomo, jakby umarłe. I tylko od czasu do czasu śnieg, zsuwając się z gałęzi, cicho zaszeleścił. Lęk mnie przeszył.

Wracałem z bijącym sercem, nie
oglądając się za siebie.

Fragment książki Czesława Jaroszyńskiego „Zesłanie i trudne powroty”

Czesław Jaroszyński

Ur. 29 lipca 1931 r. na Ziemi Nowogródzkiej, gdzie spędził dzieciństwo. 10 lutego 1940 r. wraz z rodziną deportowany w głąb ZSRR, na wygnaniu spędził sześć lat. Po zesłaniu rodzina osiedliła się na Ziemiach Odzyskanych w Siedlęcinie. W Jeleniej Górze ukończył gimnazjum, następnie we Wrocławiu rozpoczął studia filozoficzne i teologiczne. W latach 1954-1958 studiował na PWST w Łodzi. Po uzyskaniu dyplomu zaczęła się współpraca aktora z teatrami warszawskimi, która trwała z krótkimi przerwami do 1990 r. Artysta ma w swoim dorobku ok. 30 występów w filmach (w tym rolę Bardosa w Janosiku). Od połowy lat 80. prowadził wykłady z retoryki na Uniwersytecie Warszawskim. W 1993 r. ukazał się tom jego wierszy. Jest autorem wspomnień o zesłaniu. Pisał także recenzje teatralne. Zmarł w 2020 r. w Warszawie.

Z historii urlopu

Lato to czas urlopów, który można wykorzystać na odpoczynek, podróże czy poświęcenie się swoim pasjom i ulubionym zajęciom. Osobom współczesnym urlop wydaje się rzeczą naturalną, która im się należy. Jednak o prawo do urlopu trzeba było walczyć.

W czasach feudalnych nie postrzegano oddzielnie czasu pracy i czasu wolnego. Natomiast gospodarka kapitalistyczna spowodowała, że robotnicy zaczęli domagać się prawa do wypoczynku. Chcieli przerwy od ciężkiej pracy i stresującego życia w mieście. Z czasem i pracodawcy zrozumieli, że wypoczynek sprzyja wydajności pracy i zmniejsza ilość wypadków. I już nie sam urlop stał się problemem, lecz jego długość.


W 1910 roku na ulice wyszli robotnicy holenderscy zajmujący się obróbką diamentów, domagając się prawa do tygodniowego płatnego urlopu. Po kilkunastu latach prawo do opłaconego urlopu wywalczyli robotnicy brytyjscy, a potem także pracownicy w innych krajach europejskich.


Urlopy jako instytucja pojawiły się na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Międzynarodowa Organizacja Pracy w 1936 r. uchwaliła pierwszą konwencję, która m. in. przewidywała, że po roku nieprzerwanej pracy każdej osobie należy się coroczny płatny urlop w wymiarze co najmniej sześciu dni roboczych, a wymiar corocznego płatnego urlopu będzie się zwiększał wraz ze stażem pracy.


Sto lat temu, 16 maja 1922 roku, Sejm PR uchwalił ustawę o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Regulacja przyznawała urlopy także górnikom i pracownikom szpitali. Polscy pracownicy zyskali ustawowe prawo do urlopu jako pierwsi w Europie. Zgodnie z nią, robotnicy po roku pracy mieli prawo do 8 dni, zaś po przepracowaniu trzech lat urlop wydłużał się do 15 dni. Wymieniona ustawa obejmowała zarówno publiczne, jak i prywatne zakłady pracy.


Wspomniane zmiany dotyczyły pracowników w miastach, natomiast dla ludności mieszkającej i pracującej na wsi pojęcie urlopu nie było znane, tym bardziej w lecie, gdy pracy było najwięcej. Na początku XX wieku i w czasach II RP większość społeczeństwa polskiego stanowili chłopi, którzy przerwę w pracy mieli tylko w niedziele i święta religijne, „nicnierobienie” uważano za grzech. Sytuacja po uchwaleniu ustawy nie zmieniła się także dla robotników najemnych, pracujących w rolnictwie i leśnictwie oraz służby domowej, gdyż to prawo ich nie obejmowało.

Wraz z urlopami pojawiła się turystyka. Z czasem pojawił się cały przemysł turystyczny, który oferował organizację wczasów i wypoczynku. Co za tym idzie – powstała turystyka masowa i przestano czas wolny spędzać w domu. Podróże już nie były zarezerwowane wyłącznie dla wyższych sfer i bogatej części społeczeństwa.

Podobno pierwszą masową podróż zorganizował Thomas Cook, kaznodzieja ruchu baptystycznego. W 1841 r. zaplanował podróż z Leicester do Loughborough dla ponad 500 osób. Cook spopularyzował podróże wśród klasy robotniczej, podczas których propagował trzeźwość. Podróże uznał za doskonały środek do realizacji tego celu.

Czy spędzamy urlop w podróżach? Z obserwacji wynika, że urlop lepiej wychodzi młodszym pokoleniom, które „potrafią czerpać z życia pełnymi garściami”. Dla starszego pokolenia wypoczynek nadal wiąże się np. z pracą na działce czy remontem. Związane to jest również z kwestią finansową, młodzież w tym wypadku bierze kredyt na urlop.

Przypadki wojenne Ryszarda Jeleckiego cz. 1

Pani Regina Kapica przechowała archiwum i biblioteczkę swego ojca Ryszarda Jeleckiego – obrońcy Grodna, zesłańca, żołnierza 2 Korpusu Polskiego gen. Andersa. Niestety, pamiętnik Ryszarda, spisywany na bibułkach papierosowych, uległ zniszczeniu we Włoszech.

Bez niego również można odtworzyć ten wyjątkowy życiorys chłopca, którego wojna porwała w swe złowrogie objęcia. A on wytrwał, miał trochę szczęścia, wymykał się śmierci, dojrzewał w więzieniach, obozach, na froncie.

Obrońca Grodna

Ryszard Jelecki urodził się 5 marca 1923 r. w Grodnie. Jego ojciec – Mikołaj, rocznik 1902, urodzony w Pińsku, był podoficerem zawodowym, brał udział w wojnie Polski z Rosją bolszewicką w latach 1919-1920, potem służył w 76. Lidzkim Pułku Piechoty im. Ludwika Narbutta w Grodnie. Matka Bronisława, z domu Baranowska, pochodziła z Białegostoku i zajmowała się wychowaniem Ryśka oraz o dwa lata młodszej siostry Ireny. Rodzina mieszkała w Grodnie przy ul. Lenkiewicza 9 (od ul. Skidelskiej), obok ówczesnych koszar im. gen. J. Bema. Syn zaczął edukację w Szkole Powszechnej nr 2 im. Stefana Batorego, a w 1936 r. stał się uczniem Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Adama Mickiewicza, mieszczącego się przy al. 3 Maja. Pozycja ojca sprawiła, że syn trafił do szkół cenionych przez grodnian za wysoki poziom nauczania, solidne wychowanie, aktywność kulturalną. Gimnazjalista zasilił drużynę harcerską i dołączył do młodych piłkarzy Wojskowego Klubu Sportowego. Siostra Irena też znalazła się w doborowym gronie uczennic Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Emilii Plater przy ul. Dominikańskiej 10. Miasto dumne było ze swej młodzieży, a ci czuli się znakomicie w grodzie Batorego.

Ryszard Jelecki (pierwszy z prawej) z kolegami z gimnazjum na ul. Dominikańskiej w Grodnie. 3 maja 1939 r. Fot. z albumu rodzinnego Reginy Kapicy

Kiedy 1 września 1939 r. wybuchła wojna, szesnastoletni druh Rysiek zgłosił się do służby pomocniczej w pododdziałach obrony przeciwlotniczej. Ojciec natomiast ze względu na wiek pozostał jako kancelista w środku Zapasowym 19 Dywizji Piechoty. 17 września w Grodnie uaktywnili się dywersanci, następnego dnia wieczorem doszło do strzelaniny z udziałem skomunizowanych przedstawicieli mniejszości narodowych. Spokój przywrócili żołnierze 31. batalionu wartowniczego dowodzonego przez mjr. Benedykta Serafina. Rano 20 września niespodziewanie na moście drogowym przez Niemen pojawiły się, i to od strony Białegostoku, sowieckie tanki, czołówka Grupy Konno-Zmechanizowanej komkora Iwana Bołdina. Zaskoczony polski posterunek nie zdążył zareagować, czołgi wjechały do miasta i utknęły w wąskich uliczkach. Zwycięska walka z nimi była wielokrotnie opisywana, do żołnierzy dołączyli cywile, także harcerze; używano z dobrym skutkiem butelek z benzyną. Dwa zniszczone czołgi na ul. Dominikańskiej oraz na rogu pl. Batorego i ul. Brygidzkiej zapisano na konto gimnazjalistów z gimnazjum Mickiewicza. Sowieci podciągali posiłki i artylerię, walki toczono przez całą noc, a obrońców zasilili kawalerzyści z Brygady Rezerwowej „Wołkowysk”. Do obrońców dołączył i R. Jelecki. Wiadomo, że został ujęty przez Sowietów 21 września wieczorem, gdy skończyły się boje.

Siostra bohatera artykułu – Irena. Fot. z albumu rodzinnego Reginy Kapicy

Rosjanie rozstrzeliwali bez pardonu również najmłodszych obrońców. Rysiek ocalał, do czego mogła się przyczynić inicjatywa bolejącej matki, która bezskutecznie poszukiwała syna, oglądała zwłoki na miejscach kaźni. Ktoś podpowiedział jej, co można jeszcze zrobić. Zachował się odpis prośby Bronisławy Jeleckiej do Rewolucyjnego Komitetu miasta Grodno. Wyjątkowy to dokument, którego kopię możecie Państwo przeczytać. W prośbie podana została wersja łagodząca – gimnazjalista pracował jako sanitariusz i niósł pomoc rannym, co potwierdzić mogli świadkowie. Również anonimowa pielęgniarka stwierdziła, że szesnastoletni chłopiec był jej pomocnikiem. W tym czasie ojciec, sierżant Mikołaj Jelecki zdołał wydostać się z Grodna, przekroczył granicę litewską i został internowany w obozie w Olicie.

Młodociany jeniec

Dopiero na początku lat 90. ubiegłego wieku Ryszard Jelecki szczegółowo opisał, co się z nim stało po aresztowaniu. Rosjanie po wstępnych przesłuchaniach i selekcji część zatrzymanych umieścili w barakach wojskowego obozu ćwiczebnego po zachodniej stronie Niemna, zapewne na Foluszu. Nocą z 25 na 26 września przeprowadzono ich przez most kołowy i miasto na dworzec osobowy, tam załadowano do wagonów. Pociąg ruszył po południu. Przez Mosty, Wołkowysk, Baranowicze dotarł w dniu następnym do granicznych Stołpiec. Po drodze przybywało wagonów, w Stołpcach nastąpił przeładunek do wagonów sowieckich z szerszym rozstawem kół. Wiezieni dostali trochę chleba i po kawałku słonej ryby, celowo wzbroniono im wody. W Mińsku stali całą noc na bocznicy, 28 września znów ruszyli, wciąż spragnieni i głodni. Przez Orszę, Witebsk, Wielkie Łuki, Toropiec dotarli 29 września do stacji Ostaszków. Dłużyły się kolejne godziny oczekiwania, po rozładunku kazano im przejść około kilometr do przystani, gdzie przy nabrzeżu stały barki. Holownik pociągnął je wzdłuż brzegu, dopiero po zachodzie słońca jeńcy wysiedli na wysepce Stołbnyj na jeziorze Seliger. Przez dziedziniec klasztorny dotarli do parterowego budynku, wchodzili do niego pojedynczo po usłyszeniu swoich nazwisk. Stuosobowe grupy (sotnie) rozmieszczano w salach z pryczami (narami), zagęszczenie było bardzo duże i wciąż się zwiększało.

Plac Wolności w Grodnie

Razem z Ryszardem przyjechało około półtora tysiąca pojmanych Polaków. W obozie znajdowały się już dwa tysiące wziętych do niewoli, w listopadzie mówiło się, że liczba ta wzrosła do 12 tys. [potwierdzono źródłowo obecność 8397 jeńców w pierwszych dniach listopada]. Nadzór nad uwięzionymi przejęli od wojska funkcjonariusze NKWD: prowadzili dochodzenia, kazali wypełnić szczegółowe kwestionariusze, pobierali odciski palców z obu rąk, wykonywali zdjęcia z dołączonym numerem. Kwestionariusze zawierały szczegółowe pytania. Druha Ryszarda enkawudziści dodatkowo zapytali o służbę ojca, przynależność do harcerstwa, okoliczności dostania się do niewoli. Próbowano też wyciągnąć informacje, o czym jeńcy rozmawiają w barakach, czy ktoś z nich nie zataił swego stopnia wojskowego i czy są w salach zakamuflowani oficerowie. Dwa razy bohater tej opowieści był wzywany na przesłuchanie, niektórych brano częściej. Doprosy odbywały się w byłej cerkwi klasztoru Nilowa Pustyń, w dzień i w nocy. W tej samej cerkwi niekiedy wyświetlano filmy propagandowe, a propagandą zionęły także wypożyczane książki. Obowiązywał zakaz prowadzenia korespondencji z wyjątkiem listów kierowanych do władz sowieckich w Moskwie. Co jakiś czas przeprowadzano w salach niespodziewane rewizje konfiskując ocalałe dotychczas polskie książki i przedmioty metalowe, w tym łyżki i widelce. „Posiłki spożywano wyłącznie przy użyciu łyżki drewnianej, a kto jej nie miał, jadł jak człowiek pierwotny”.

Odpis listu matki Ryszarda Jeleckiego do rewolucyjnego komitetu z prośbą o uwolnienie syna. Z archiwum rodzinnego Reginy Kapicy

Powrót z Ostaszkowa

Jeńcy nie wiedzieli, czy w obozie działają tajne sądy sowieckie, nie znali losu im przypisanego. Transporty odjeżdżały, niektórzy jeńcy wracali do domów, innych wysyłano do obozów pracy przymusowej. Pozostawiano natomiast tych, przeciwko którym nadal toczyło się śledztwo, i już skazanych a czekających na konwój. Skazani mieli prawo wysłać jedną kartkę miesięcznie. Któregoś dnia, chyba 29 listopada 1939 r., wyczytano nazwisko Ryszarda Jeleckiego. Wszyscy wyjeżdżający mieli zabrać rzeczy osobiste i za godzinę zgłosić się do cerkwi. Okazało się, że do tego transportu wyznaczono nastolatków, część osób cywilnych oraz szeregowych i podoficerów, głównie rezerwistów. „Nie było wśród nas oficerów, żandarmerii, policji państwowej, służby więziennej itp., ci pozostali w obozie. Wszyscy pochodziliśmy z terenów zajętych przez Związek Radziecki”. Raz jeszcze przeprowadzono skrupulatnie rewizję i następnie grupy kierowano na przystań.

Był słoneczny, lecz mroźny dzień, utworzono kolumny po 40 osób, ogółem było około 800 osób. Bez konwoju zbrojnego grupy dotarły na rampę kolejową, tu kazano byłym już więźniom Ostaszkowa wsiąść do wagonów towarowych wyposażonych w prycze, ze zbiornikami na wodę do picia i węglowymi piecykami. Wydano im suchy prowiant, podczas jazdy pociągu drzwi do wagonów były otwarte. W Połocku pociąg odstawiono na bocznicę i kolumny transportowanych poprowadzono uliczkami miasta do stołówki. „Musieliśmy sprawiać żałosny widok, gdyż wiele kobiet płakało. Może kojarzyły nas ze swoimi bliskimi. Wtem jedna z grup podjęła żołnierską pieśń, za jej przykładem poszły inne – wojsko zaczęło śpiewać. Słysząc polskie pieśni do kolumny podchodziły poszczególne osoby, przeważnie kobiety, zadając po polsku pytania – co za jedni, skąd, dokąd?”. W stołówce nakarmiono ich do syta, ten jedyny raz od wzięcia do niewoli, dano im nawet kawałek mięsa. W drodze powrotnej maszerujący znów podnieśli żołnierski śpiew i jak poprzednio podchodziły do nich kobiety, „…wciskały zawiniątka z żywnością, słyszało się polską mowę. Przy wagonach było całe zbiegowisko ludzi młodych i starych. Prosili o darowanie pamiątki. Cóż mógł dać żołnierz – jeniec? Brali guziki z orzełkiem. Przy moim płaszczu pozostał tylko jeden. Nie spodziewałem się, że w Połocku mieszka tylu Polaków”.

Pociąg dojechał do Wilejki, wagony wraz z funkcjonariuszami NKWD zaś zawrócono w kierunku Połocka, a uwolnieni jeńcy czekali na podstawienie pociągu osobowego. O zmierzchu tak się stało, sporo pasażerów wysiadło z niego w Mołodecznie, pozostali ukończyli jazdę w Lidzie. Stąd każdy miał dostać się do domu na własną rękę, ale pociągi rozkładowe odjeżdżały dopiero rano, Ryszard bez dokumentów i pieniędzy wcisnął się na poczekalnię. Zauważył dwóch znajomych podoficerów z Grodna. „Obaj nie byli w Ostaszkowie. Jeden z nich rozpoznał mnie. Poinformował, że matka oczy wypłakała, wręczył mi 100 złotych i radził, abym nie kontynuował jazdy pociągiem, a zabrał się do Grodna najbliższym autobusem przez Skidel. Postąpiłem zgodnie ze wskazówkami”.

Legitymacja kawalera Orderu Virtuti Militari Ryszarda Jeleckiego. Z archiwum rodzinnego Reginy Kapicy

Tymczasem do częściowo opustoszałego obozu w Ostaszkowie NKWD zwoziło funkcjonariuszy Policji Państwowej i służby więziennej, żołnierzy z Korpusu Ochrony Pogranicza, osoby cywilne oskarżone o pracę w „sanacyjnym aparacie przemocy”, niewielkie grupy osadników wojskowych, księży i ziemian. Razem zebrano 6570 osób, wśród nich było tylko 400 oficerów. Przesłuchiwania łączono z torturami, warunki bytowe były tu gorsze niż w obozach oficerskich w Kozielsku i Starobielsku. 4 kwietnia 1940 r. zaczęto rozstrzeliwanie ofiar dowożonych z obozu w Ostaszkowie do miasta Kalinin (Twer). Bestialską operację zakończono 19 maja, zwłoki wynoszono z piwnic siedziby NKWD i wrzucano do dołów w lesie koło Miednoje.

Ryszard Jelecki powrócił do Grodna na początku grudnia. Radość matki i siostry zwielokrotnił pierwszy list od męża (ojca) z Litwy. Wkrótce sierżant Mikołaj Jelecki uciekł z tamtejszego obozu, rodzina razem spędziła święta Bożego Narodzenia i powitała nowy 1940 rok. Powtarzano w Grodnie wieści o formowaniu przez gen. Władysława Sikorskiego wojsk polskich we Francji.

Druga część historii Ryszarda Jeleckiego

Adam Czesław Dobroński

Trzej przyjaciele Adama Mickiewicza i ich losy

„Dziady”, część III – utwór dramatyczny Adama Mickiewicza, należący do cyklu dramatów „Dziady”. Utwór powstał w roku 1832 w Dreźnie. Opublikowany został po raz pierwszy w 1832 r. jako IV tom „Poezyj” (w wydaniu zbiorowym), zaś w roku 1833 wydany w edycji osobnej.

Edycję „Dziadów” poeta opatrzył dedykacją:

Świętej pamięci Janowi Sobolewskiemu, Cyprianowi Daszkiewiczowi, Feliksowi Kółakowskiemu, spółuczniom, spółwięźniom, spółwygnańcom, za miłość ku ojczyźnie, prześladowanym, z tęsknoty ku ojczyźnie zmarłym w Archangielsku, na Moskwie, w Petersburgu. Narodowej sprawy Męczennikom poświęca

Autor

Kim byli ci trzej przyjaciele Wieszcza? Jakie ich były losy i przyczyny przedwczesnej śmierci? Spróbujmy w tym artykule wyjaśnić. Zacznijmy od pierwszego wymienionego w dedykacji.

Jan Sobolewski

Mickiewicz uwiecznił go w „Dziadach” części III. Scena przed wywożeniem więźniów z Wilna:


„Sobolewski: Tymczasem zajeżdżały inne rzędem długim
Kibitki: ich wsadzono jednego po drugim.
Rzuciłem wzrok po ludu ściśnionego kupie,
Po wojsku: wszystkie twarze pobladły, jak trupie,
A w takim tłumie taka była cichość głucha,
Żem słyszał każdy krok ich, każdy dźwięk łańcucha. (…)
Słyszałem dzwonek, kiedy trupa przewozili.
Spojrzałem w kościół pusty i rękę kapłańską,
Widziałem, podnoszącą ciało i krew Pańską,
I rzekłem: „Panie! Ty, co sądami Piłata
Przelałeś krew niewinną dla zbawienia świata.
Przyjm tę z pod sądów cara ofiarę dziecinną.
Nie tak świętą, ni wielką, lecz równie niewinną”.

Jan Sobolewski urodził się, według Polskiego Słownika Biograficznego w 1799 roku w majątku Grochy, powiatu tykocińskiego, dzierżawionym przez ojca Antoniego Sobolewskiego, w rodzinie szlacheckiej, jednakże Jarosław Marek Rymkiewicz (właściwie J.M. Szulc, 1935-2022) pisze, że „data oraz miejsce urodzenia Jana Sobolewskiego nie są znane, wiadomo tylko, że pochodził z Tykocina, a gimnazjum ukończył w Białymstoku. Jego rodzice posiadali w Łomżyńskiem majątek pod nazwą Grochy. Przypuszczano, że urodził się albo w Tykocinie, albo w Łomży, albo w Białymstoku”.

Wieszcz uwiecznił postacie swoich przyjaciół w III części „Dziadów”. Tu: scena z „Dziadów” w inscenizacji Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym w Warszawie

W 1816 roku ukończył gimnazjum w Białymstoku i wstąpił na Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Wileńskiego, zdał też egzamin do seminarium nauczycielskiego, co zapewniło mu skromną pensję w czasie studiów. W 1817 r. zdobył stopień kandydata filozofii. W maju 1819 roku Sobolewski został członkiem Towarzystwa Filomatów, do którego wprowadził go Tomasz Zan. Był też od października roku 1820 do połowy maja 1821 r. członkiem Rządu Towarzystwa. W roku 1818 władze uczelni przyznały mu nagrodę pieniężną za postępy w nauce. W roku akademickim 1820/1821 złożył egzaminy wymagane do uzyskania magisterium, stopnia magisterskiego jednak nie otrzymał, gdyż nie obsadzona była katedra filozofii. W czasie studiów mieszkał u cukiernika Kuntza przy ulicy Ostrobramskiej, za ratuszem. Dnia 1 września 1821 roku władze uniwersytetu powierzyły mu obowiązki nauczyciela fizyki, nauk przyrodniczych i chemii w gimnazjum w Krożach na Żmudzi.

Kroże (lit. Kražiai), miasteczko na Żmudzi położone w okręgu szawelskim, pomiędzy Worniami i Rosieniami. Pierwszy raz wymienione jako Crase w dokumencie króla Mendoga z 1257 roku. Gdy Witold oddał zakonowi krzyżackiemu w zarząd część Żmudzi, tutaj rezydował jej zarządca. Kroże były stolicą jednego z traktów Księstwa Żmudzkiego. Działało tutaj jedno z najwybitniejszych kolegiów jezuickich ufundowane w 1614 roku przez hetmana Jana Karola Chodkiewicza (1750-1621); m.in. wykładał tu Maciej Kazimierz Sarbiewski (1617–1620), wybitny poeta. Po kasacie jezuitów w 1773 roku szkołę prowadzili karmelici, w 1817 r. szkołę zamieniono na gimnazjum, którym opiekował się Uniwersytet Wileński. W 1823 roku w gimnazjum powstało tajne antyrosyjskie stowarzyszenie polskich uczniów Czarni Bracia, wykryte przez władze carskie i poddane represjom. W 1842 roku gimnazjum przeniesiono do Kowna.

Tam, w odległej Żmudzi, w mieście prowincjonalnym, Jan Sobolewski czuł się osamotniony, w listach do kolegów miasteczko Kroże nazywał „piekłem błotnistym”. Kroże w tym czasie były małym żydowskim miasteczkiem, było tam wówczas zaledwie siedemdziesiąt pięć domów otaczających budynek kolegium jezuickiego, w którym mieściło się gimnazjum. W uczelni tej wówczas pośród uczniów działała, jak wspomniałem, tajna organizacja Czarni Bracia – powstała w październiku 1823 r. Członkami założycielami byli piętnastoletni Jan Prosper Witkiewicz oraz osiemnastoletni Cyprian Janczewski – uczniowie gimnazjum. Stowarzyszenie uczniowskie zostało wykryte, nastąpiły areszty uczniów i następnie wywieziono niektórych w głąb Rosji.

Wilno na pocz. XIX w. Na pierwszym planie pałac Massalskich, za nim Uniwersytet Wileński, gdzie nauki pobierali Mickiewicz i jego przyjaciele

Aresztowano też nauczyciela J. Sobolewskiego i wywieziono do Wilna, został osadzony w byłym klasztorze OO. Bazylianów razem z Adamem Mickiewiczem, Ignacym Domeyką, Adamem Suzinem i innymi filomatami i filaretami. Był pięciokrotnie przesłuchiwany w latach 1823-1824. Nie ugiął się w śledztwie. Areszt opuścił po podpisaniu 24 kwietnia 1824 roku obietnicy do zachowania tajemnicy o przedmiocie śledztwa. Po zwolnieniu z aresztu J. Sobolewski spędził jeszcze sześć miesięcy w Wilnie. Wyrokiem z 14 sierpnia 1824 roku zaliczony został między filomatów i filaretów „najczynniejszych w nagannych dążeniach” i oddany, podobnie jak jego wileńscy przyjaciele, do dyspozycji ministra oświecenia. J.M Rymkiewicz pisze, że „w przeddzień wyjazdu z Wilna, 24 października/5 listopada, Sobolewski podpisał wspólnie z Mickiewiczem rewers kwitujący odbiór od policmajstra Piotra Szłykowa dwóch podorożnych oraz stu trzydziestu rubli i ośmiu kopiejek (były to tak zwane progonne pieniądze). Wedle opowieści Antoniego Edwarda Odyńca, J. Sobolewski miał zaszczyt, wyjeżdżając z Wilna, siedzieć na wózku pocztowym obok A. Mickiewicza”.

Dziedziniec byłego klasztoru OO . Bazylianów w Wilnie. Tu: spotkanie poetów podczas festiwalu „Maj nad Wilią”

Do Petersburga przybyli 8 lub 9 listopada 1824 roku. J. Sobolewski wespół z innym skazanym filaretą, Janem Heydatelem, wyraził chęć służby w Korpusie Komunikacji Wodnej Głównego Zarządu Dróg w Petersburgu. W grudniu wcielono go do tegoż korpusu. Uzyskawszy w lutym 1825 roku tytuł zawodowy w petersburskim Instytucie Inżynierów Komunikacji oraz nominację na oficera, J. Sobolewski został wysłany do Witegry nad jeziorem Onega. Witegra, założona w 1773 roku, była niewielkim miasteczkiem, zamieszkałym głownie przez rybaków. Wiadomo też, że J. Sobolewski w 1827 roku przebywał w Archangielsku i dnia 21 czerwca 1827 roku razem z Heydatelem awansował na podporucznika. Warto tu wspomnieć, że były filareta Jan Heydatel w Rosji dosłużył się rangi generała.

Archangielsk. Tutaj zmarł Jan Sobolewski

Wiadomo z listu do Cypriana Daszkiewicza, że starał się wydostać z Archangielska, powrócić do Petersburga, lecz mu się nie udało. Niepowodzeniem zakończyły się też starania o przeniesienie na południe do Gruzji. Wiosną 1828 roku on i Heydatel przebywali w Petersburgu. Mickiewicz donosił Zanowi: „Wiele oni, Sobolewski i Heydatel, wycierpieli, pracując w odległych guberniach; teraz i miejsca wygodniejsze i rangę wyższą otrzymają”. Ostatnia wzmianka o J. Sobolewskim w dokumentach rosyjskiego Ministerstwa Oświecenia pochodzi z 18 czerwca 1828 roku. Ignacy Domeyko przypuszczał, że Sobolewski znalazł posadę w komunikacji wodnej na jeziorze Ładoga. Zmarł jednak w Archangielsku jesienią 1829 roku w wieku 30 lat, być może wskutek tragicznego wypadku. Miejsce jego pochówku nie jest znane. Rodziny nie założył.

Cyprian Daszkiewicz

Urodził się 9 grudnia 1803 roku w guberni grodzieńskiej, być może gdzieś w Jaćwieży, bo koledzy filareci nazywali go z litewska Daszkusem. Był synem Ignacego, rejenta powiatu nowogródzkiego, i Joanny z Kamieńskich. W 1820 roku ukończył gimnazjum w Białymstoku i w tymże roku w towarzystwie matki przybył do Wilna i wstąpił na Wydział Moralno– Polityczny Uniwersytetu Wileńskiego. Zarówno w gimnazjum, jak i na uniwersytecie interesował się historią, należał do ulubionych uczniów profesora Joachima Lelewela. Będąc studentem wstąpił do Towarzystwa Filaretów. Adama Mickiewicza poznał i zaprzyjaźnił się dopiero w Rosji w roku 1825 lub 1826, ponieważ C. Daszkiewicz, 5 lat młodszy od poety, rozpoczął studia na Uniwersytecie Wileńskim wtedy, gdy A. Mickiewicz już pracował w gimnazjum w Kownie. Ostatecznie Daszkiewicz nie został historykiem, lecz ukończył studia prawnicze. Jako członek Towarzystwa Filaretów wraz innymi filaretami został 26 sierpnia 1824 roku skazany na wygnanie z Litwy do Rosji.

Wilno

Początkowo, razem z Mickiewiczem, Franciszkiem Malewskim i Józefem Jeżowskim, „znalazł się, jak pisze J.M. Rymkiewicz, prawdopodobnie w Odessie, tam pracował jako urzędnik w jednym z banków, następnie w roku 1826 i później był urzędnikiem w kantorze banku państwowego w Moskwie”. W swoim obszernym mieszkaniu gościł Mickiewicza. Wspomniany J.M. Rymkiewicz pisze, że „w czasie pobytu Mickiewicza w Moskwie, a potem w Petersburgu C. Daszkiewicz służył mu wielokrotnie pomocą w różnych sprawach i na prośbę poety załatwiał jego finansowe czy wydawnicze interesy. W lutym 1828 roku Mickiewicz, przyjechawszy wtedy z Petersburga do Moskwy, zatrzymał się u Daszkiewicza i mieszkał z nim przez ponad dwa miesiące. Wcześniej, w czasie pierwszego pobytu poety w Moskwie, prawdopodobnie już w roku 1826, Mickiewicz, romansujący wówczas z Karoliną Jaenisch, przedstawił jej Daszkiewicza, ten zaś natychmiast w pannie Jaenisch zakochał”.

Karolina Jaenisch-Pawłowa

Kim była Karolina Jaenisch, która oczarowała dwóch Polaków: Mickiewicza i Daszkiewicza? Karolina Jaenisch, po mężu Pawłowa, była Rosjanką niemieckiego pochodzenia. Urodziła się 22 lipca 1807 roku w Jarosławlu. Była córką niemieckiego profesora chemii i fizyki. Odznaczała się zdolnościami artystycznymi i literackimi, poetka, tłumacka i malarka. Uczyła się języka polskiego u Adama Mickiewicza, który poznał ją w Moskwie w 1826 roku i miał być zachwycony jej talentem, jak pisała Barbara Held w biografii K. Jaenisch. Para podobno wkrótce się zaręczyła, jednak z czasem uczucia Mickiewicza się ochłodziły. Znajomość przerwał wyjazd poety z Rosji w roku 1829, a w liście z tego samego roku, poeta oferował „dozgonną przyjaźń” zamiast małżeństwa. Jaenisch zachowała o poecie, którego nadal kochała, wspomnienia do końca swego życia, tłumaczyła jego utwory na niemiecki i francuski, ostatnią jej drukowaną pracą literacką był przekład „Trzech Budrysów”. Przetłumaczyła m.in. „Konrada Wallenroda”. W roku 1838 wyszła za mąż za powieściopisarza Nikołaja Pawłowa, który poślubił ją dla pieniędzy. Para prowadziła salon literacki w Moskwie. Pawłow przegrał pieniądze żony w hazardzie i porzucił ją na rzecz jej młodszej kuzynki. Małżeństwo ostatecznie rozpadło się w 1853 r. Pawłowa przeniosła się do Sankt Petersburga, a następnie do Dorpatu (obecnie Tartu w Estonii), gdzie poznała „najgłębszą miłość swojego życia” Borysa Utina. W 1858 roku przeprowadziła się do Drezna, gdzie poznała poetę Aleksieja Tołstoja (1817-1875). Jaenisch-Pawłowa tłumaczyła jego dzieła na niemiecki, a on w zamian zapewnił jej pensję od rosyjskiego rządu. Pawłowa zmarła samotna i zapomniana w Dreźnie w 1893 w wieku 87 lat.

Cmentarz Bernardyński w Wilnie, gdzie został pochowany Cyprian Daszkiewicz

Wróćmy do C. Daszkiewicza: po wyjeździe Mickiewicza z Rosji Daszkiewicz poczuł się bardzo osamotniony, około 1829 roku zachorował na gruźlicę. Czując zbliżającą się przedwczesną śmierć, poczynił zapisy, świadczące o szlachetności jego serca, a przyjaciół zobowiązał, by przewieźli ciało do kraju. Gorący patriota, człowiek religijny, silnie uczuciowy zmarł po długiej chorobie gruźliczej w Moskwie w końcu listopada 1829 r. W marcu 1830 r. Onufry Pietraszkiewicz przywiózł trumnę ze zwłokami przyjaciela do Wilna, gdzie została złożona w katakumbach na cmentarzu Bernardyńskim na Zarzeczu. Z biegiem lat katakumby zostały zrujnowane i dziś nie wiadomo dokładnie, czy w części, która się zachowała, trumna z prochami C. Daszkiewicza nadal w spokoju leży.

Feliks Kółakowski

To poeta, filolog, filareta. Urodził się w 1799 roku jako syn niezamożnej szlachty z powiatu mozyrskiego, guberni mińskiej. W roku 1818 lub może w 1819 został studentem Uniwersytetu Wileńskiego, wówczas poznał Adama Mickiewicza i zaprzyjaźnił się z nim, a będąc w 1824 r. w więzieniu w klasztorze Bazylianów kontaktował się bliżej z polskim Wieszczem, co zostało upamiętnione przez poetę w III części „Dziadów”:


„Akt I, scena I – Feliks Kółakowski
Ma płakać? Owszem – chwała Bogu!
Jeśli powije syna, przyszłość mu wywieszczę.
Daj mi no rękę – jestem trochę chiromanta,
Wywróżę tobie przyszłość twojego infanta,
Patrząc na rękę:
Jeśli będzie uczciwy, pod moskiewskim rządem
Spotka się niezawodnie z kibitką i sądem;
A kto wie, może wszystkich nas znajdzie tu jeszcze…
Lubię synów: to nasi przyszli towarzysze”.

Uniwersytet w Kazaniu, gdzie studiował Feliks Kółakowski

W czasie studiów Feliks Kółakowski utrzymywał się z guwernerstwa; w jesieni 1820 roku został przyjęty do seminarium nauczycielskiego, co zapewniło naukę na koszt państwa. Uzyskał stopień kandydata filozofii, należał do grona wyróżniających się studentów Wydziału Literackiego. W Towarzystwie Filaretów był radcą Związku Błękitnego, na kursach samokształceniowych wykładał historię literatury greckiej i łacińskiej; był lubiany, wesoły i miał zdolności aktorskie. Pisał wiersze. Obszerny ich zbiór, jak pisze Zofia Makowiecka, „przechowywany przez Stanisława B. Górskiego w Wilnie, został zniszczony w r. 1840 w obawie przed represjami”. Po zawieszeniu działalności filaretów F. Kółakowski należał do związku poetyckiego „Kastala”, ale, jak pisze wspomniana Z. Makowiecka, nie działał tam aktywnie.

Dnia 23 października 1823 roku został wraz z innymi filaretami aresztowany. W więzieniu w byłym klasztorze Bazylianów kontaktował się z Adamem Mickiewiczem, co zostało upamiętnione w dramacie „Dziady”.

Feliks Kółakowski razem z przyjaciółmi Józefem Kowalewskim i Janem Wiernikowskim poprosił o umożliwienie nauki języków wschodnich; w związku z tym wszyscy trzej skierowani zostali na uniwersytet do Kazania. Uniwersytet w Kazaniu, obecnie Republika Tatarstan w Federacji Rosyjskiej, założony został w 1804 roku. Pracowało w nim wielu Polaków, między innymi wybitny polski językoznawca prof. Jan Niecisław Baudouin de Courtenaj (1845-1929). Wszyscy trzej zesłańcy ulokowani zostali w Instytucie Pedagogicznym przy uniwersytecie i pozostawali pod specjalnym nadzorem administracyjnym.

Zły stan zdrowia F. Kółakowskiego zmusił do przerwania studiów. Po opuszczeniu Instytutu został zatrudniony w kancelarii kuratora. Zabiegał o pozwolenie na powrót do Litwy, jednak jego prośby zostały bezskuteczne. W roku 1830 wyjechał do Petersburga i tam w początku 1831 r. zmarł. Miejsce pochówku nie jest znane.

Mieczysław Jackiewicz

Zamek w Mirze

Onegdaj wybrałem się po raz pierwszy na ekskursję do ziemi białoruskiej. Przed wyjazdem znajomi namawiali mnie, abym koniecznie odwiedził miasteczka Mir i Nieśwież, będące dawniej własnością potężnego i wpływowego rodu Radziwiłłów.

Do Wołkowyska dojechałem z grupą Stowarzyszenia Rodzin Wołkowyskich w Gdańsku. Tam wynająłem samochód osobowy z kierowcą o imieniu Witalij. Był to sympatyczny Białorusin ożeniony z Polką. Rozumiał z grubsza, co mówię po polsku, ja usiłowałem mówić po rosyjsku i w efekcie porozumiewaliśmy się bez większych problemów. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do celu podróży i tuż przy wjeździe do miasteczka ujrzałem po prawej stronie drogi zamek. Czerwień gotyckich murów doskonale kontrastowała z bielą jego renesansowej części. Podjechaliśmy pod wieżę bramną, zaparkowaliśmy auto i obeszliśmy mury zamkowe. Pogoda sprzyjała robieniu fotografii. Świeciło słoneczko, zaś po błękicie nieba płynęły majestatycznie białe kłębiaste chmury. Błękit nieba, czerwień i biel zamku oraz srebrzysta zieleń wody u jego stóp tworzyły urokliwy pejzaż.

Już na pierwszy rzut oka było widać, iż zamek zbudowano na suchej kępie pośród mokradeł, zaś jego mury otoczono mokrą fosą. Z prawej strony zamku pozostał zbiornik wodny w postaci rozległego stawu. Gdy nie ma wiatru zamek przegląda się w gładkim jeziorze – niczym w lustrze i wówczas wydaje się, że zamek i jego odbicie tworzą całość. Byłem w Mirze cztery razy i za każdym razem stawałem po drugiej stronie stawu, aby nasycić wzrok pięknem tego miejsca.

Kaplica rodowa Światopełk-Mirskich w Mirze. Fot. Maurycy Frąckowiak

Zamek ma długą i dramatyczną historię. Zbudował go książę Jurij Ilinicz w latach 1506-1510 na miejscu wcześniejszego grodziska. Wzniesiono wówczas mury i baszty oraz niewielki budynek. Zamek zbudowano na planie kwadratu o bokach ok. 75 m. Jego mury miały grubość 3 m i wysokość 13 m. Cegły do budowy zamku pochodziły ze zbudowanej na miejscu cegielni i miejscowej gliny. Jego 4 wieże narożne mają 4 kondygnacje (wysokość ok. 25 m), a piąta wieża bramna ma ich 5.

Wewnątrz zamku znajduje się wielka sala uroczysta, zwana ongiś portretową. Tu bowiem znajdowała się słynna kolekcja 165 portretów znamienitych przedstawicieli rodu Radziwiłłów, pędzla wybitnych malarzy europejskich.

Wnuk Jurija Ilinicza zmarł bezpotomnie w 1569 roku, lecz wcześniej przekazał zamek Mikołajowi Krzysztofowi Radziwiłłowi „Sierotce”.

W połowie XVI w. w południowo-wschodniej części zamku wzniesiono podpiwniczony dom mieszkalny. Na przełomie XVI i XVII wieków dom przebudowano, dodając piętra i wystrój pałacowy. Z tego okresu pochodzi obecny gotycko-renesansowy wygląd zamku. Baszty są w dolnej części kwadratowe, w górnej ośmioboczne. W XVII w. wokół zamku zbudowano ziemne fortyfikacje bastionowe. Widoczny jest zarys jednego z bastionów. W 1655 r. za namową Bogusława Radziwiłła – skłóconego z krewnym Michałem Kazimierzem – zamek zdobyli i splądrowali Szwedzi.

W czasie wojen północnych w roku 1706 zamek został ponownie obrabowany i spalony przez Szwedów Karola XII. Od 1753 r. właścicielem zamku był książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, który urządzał tu sławne hulanki. W 1785 r. to on podejmował hucznie na zamku króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W roku 1794 w czasie powstania kościuszkowskiego zamek zdobyły szturmem wojska carskie. W 1812 r. cofający się Rosjanie wysadzili prochownię uszkadzając mury. W 1895 r. zamek kupili Światopełk-Mirscy i trwali tutaj aż do 1939 roku.

Po wojnie opuszczony popadał w ruinę. W 1969 r. wykonano prace zabezpieczające. W roku 1991 rozpoczęto rewitalizację zamku. W 2000 r. zamek wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO.

W parku położonego z tyłu zamku znajduje się okazała kaplica, będąca grobowcem rodu Światopełk-Mirskich. Została zbudowana w 1904 r. W czasach sowieckich w kaplicy mieścił się magazyn zboża. W latach 2004-2008 zrewitalizowano ją i udostępniono turystom. Kaplicę wyróżnia znajdująca się nad wejściem mozaika z wizerunkiem Chrystusa Pantokratora (w ikonografii przedstawienie Jezusa Chrystusa jako Władcy i Sędziego Wszechświata).

Po zwiedzeniu podwórca zamkowego i arsenału udaliśmy się w obchód pomieszczeń zamkowych. Nie wszystkie były udostępnione, gdyż część pomieszczeń pozostaje ponoć w dyspozycji najwyższych władz. Zeszliśmy do lochów, zwiedziliśmy zbrojownię i kilkanaście innych pomieszczeń udostępnionych zwiedzającym. Efektownie wyglądają zacne bruki dziedzińca rozgrzane promieniami słońca oraz studnia zamkowa, ozdobiona metalowymi sterczynami.

Opuszczaliśmy zamek ze sporym bagażem wrażeń i podreptaliśmy do miasteczka, leżącego u jego podnóża. Jego dzieje są równie ciekawe i bogate jak dzieje zamku.

Maurycy Frąckowiak

Bereśnie i ich dawni właściciele

Czasami stare rzeczy kryją w sobie wiele tajemnic. Tak się stało w przypadku szafy, którą mój kolega wypatrzył w pewnym domu w Bereśniach koło Baranowicz.

To była stara szafa, a na niej tajemnicze inicjały H.B. oraz napisane po polsku nazwisko Boberowa. To stało się początkiem historii o ludziach, którzy mieszkali tu dawnej. Dzięki zbiegowi pewnych okoliczności poznałem w sieciach społecznościowych osobę spokrewnioną z byłymi właścicielami owej szafy. Pani Elżbieta Jalowska ma kresowe korzenie, mieszka w Sopocie. Interesuje się genealogią swojej rodziny, zbiera dane o przodkach mieszkających w okolicach Baranowicz. Podczas pracy nad artykułem korzystałem ze wspomnień, które uprzejmie mi udostępniła oraz zdjęć opowiadających o życiu przed wybuchem II wojny światowej kilku szlacheckich rodzin z tych terenów. O wspomnianej wyżej szafie też będzie mowa.

Jak się okazało, majątek Bereśnie położony w powiecie baranowickim należał do rodziny Bereśniewiczów. Przed wojną jego właścicielami byli Fabian Otto Bereśniewicz oraz jego żona Anna z Jurewiczów. Anna Bereśniewiczowa była kobietą pełną życia, z poczuciem humoru, zawsze uśmiechnięta i wesoła. Właściciele majątku mieli syna Karola, który poślubił kuzynkę Halinę, córkę brata swojej matki Józefa Jurewicza (to właśnie jej inicjały są wypisane na szafie).

Do dworu w Bereśniach wjeżdżało się 300-metrową aleją wysadzaną brzozami, olchami i lipami. Dwór był stary, ponaddwustuletni, drewniany.

Majątek w Wyżpolu. Fot. ze zbiorów Elżbiety Jalowskiej

Rodzina Bereśniewiczów była spokrewniona z rodziną Adamowiczów, którzy bywali w majątku w Bereśniach. Podczas wakacji przyjeżdżał do dworu krewnych młody Stanisław Adamowicz, pomagał synowi właścicieli Karolowi przy gospodarstwie, także chadzał na spacery do pobliskiego lasu, jeździł z babką bryczką do Stołowicz po zakupy, a w niedzielę do kościoła, gdzie co tydzień spotykało się całe towarzystwo z okolicy. Kiedy Stanisław miał już dosyć życia w Bereśniach, brał rower i przepadał na kilka tygodni w sąsiednim Wyżpolu, należącym do Józefa Jurewicza i jego żony Marii z Kalinowskich.

Majątek Wyżpol został wyłoniony z dużej niegdyś majętności Drohobyl. Do Wyżpola jechało się polnym traktem przez wieś Ciukantowicze, a następnie polaną porosłą gęstym poszyciem powstałym po wyciętym lesie. Wieś Ciukantowicze należała kiedyś do Bereśni, zamieszkiwali ją nie chłopi, lecz szlachta zaściankowa. Ciągnąca się przez trzy kilometry poręba była własnością Radziwiłłów z Nieświeża. Z poręby wyjeżdżało się na otwartą przestrzeń pól uprawnych, które ciągnęły się aż do horyzontu. W lewo polna droga prowadziła do widocznych w dali zabudowań wsi i byłego majątku Drohobyl, który odziedziczyła po ojcu Maria Józefa z Jurewiczów Jacewiczowa. Wraz z mężem Bonifacym Jacewiczem mieszkała w zwykłej chłopskiej chacie. Bonifacy swych gości gonił do roboty podczas sianokosów: do suszenia, zbierania, zwożenia i układania siana w stodole oraz innych tego typu prac. Nie było łatwo, ale młodzi chętnie zabierali się do pomocy, nie zważając np. na upały.

Karol Bereśniewicz z żoną Haliną. Fot. ze zbiorów Elżbiety Jalowskiej

Jeszcze dalej, z prawej strony od traktu, znajdowały się sad i zabudowania dworu Wyżpol. Dojazd prowadził wzdłuż sadu na przeciągu 100 m. Aleją ze szpaleru młodych lip wjeżdżało się na olbrzymi majdan, skręcało się w prawo na podjazd obok klombu przez duży podcień dworu. Wokół domu mieszkalnego, wzdłuż alei i majdanu znajdował się sad, w którym stały ule, za sadem zaś rozpoczynał się las liściasty.

W Bereśniach mieszkali też inni Bereśniewiczowie – rodzeństwo Fabiana Bereśniewicza: jego niezamężna siostra, Stefania Bereśniewiczówna oraz brat Kazimierz z żoną Heleną i córką Ewą. Podczas którychś przedwojennych wakacji odbył się ślub Ewusi z Kazimierzem Boberem, porucznikiem żandarmerii wojskowej w Baranowiczach. Podobnie Ewa była kolejną właścicielką znalezionej szafy, gdyż na niej prócz wyżej wspomnianych inicjałów widniało jej nazwisko.

Według rodzinnych wspomnień, wesele Ewy i Kazimierza było huczne i wystawne, z udziałem wojskowej orkiestry dętej. Mąż Ewy porzucił jednak służbę wojskową i zajął się pszczelarstwem. Stopniowo doszedł do 200 uli, został cenionym fachowcem w wojewódzkim kółku pszczelarskim. Jego ule stały w ogrodzie przylegającym do dziedzińca i z drugiej strony do alei wjazdowej do dworu. Kazimierz Bober, pracując przy pszczołach, nigdy nie zakładał specjalnego ubrania i nie zabezpieczał się specjalnie. Owady potrafiły go rozpoznać i nigdy się nie zdarzyło, aby go użądliły. Panna Stefania również miała kilka uli, lecz doglądała je w sposób dość nieudolny.

Ewa Boberowa – córka Kazimierza i Heleny Bereśniewiczów. Fot. ze zbiorów Elżbiety Jalowskiej

Niestety dwory w Bereśniach i Wyżpolu nie przetrwały wydarzeń wojennych, spotkał je podobny los jak większość dworów na terenie obecnej Białorusi. Nie pozostało również śladu po budynkach gospodarczych. Starsze pokolenie Bereśniewiczów po wojnie przeniosło się do Polski. Zamieszkali oni w Mikoszewie niedaleko Gdańska. Ewa Bober wyjechała do Polski dopiero w latach 50., mieszkała w Sopocie.

W Bereśniach jedyną pozostałością po dawnych czasach jest aleja niegdyś prowadząca do dworu. Młode kiedyś lipy są obecnie już sędziwe i potężne. Nic już tu nie przypomina o dawnym życiu. No chyba pszczoły… Po dawnym właścicielu Kazimierzu Boberze pozostała pasieka. Po wojnie, w 1945 roku, założono tam państwową hodowlę pszczół. Ale to już inna historia…

Ilustracja na górze artykułu: dwór w Bereśniach. Fot. ze zbiorów Elżbiety Jalowskiej

Grzegorz Pawłowski